piątek, 21 listopada 2014

Jak wam się podoba??









Jak rozmawiam z moim synem to się zastanawiam kto w tym gronie jest bardziej dorosły ja czy on??
Od dnia urodzin mnie zadziwiał i zadziwiać nie przestał. Jak każdej matce bardzo zależy mi na jego szczęściu i żeby zawsze mógł w życiu robić to co daje mi radość, satysfakcję itd.
No i tak się zastanawiam czy on się jednak nie marnuje na tym prawie??



wtorek, 18 listopada 2014

"Wiel­kie szczęście, można zbu­dować z małych radości".

Mała rzecz a cieszy.
Otóż w niedzielę spełniłam swój obywatelski obowiązek, oczywiście nic niezwykłego zwłaszcza dla kogoś kto na wybory chodzi zawsze.
Tym razem przy urnie spotkała mnie niespodzianka. Dostałam czerwonego goździka od przewodniczącego komisji. Litość?? Chcę wierzyć, że to zwykła ludzka uprzejmość. Taka głupota, a od razu szeroki uśmiech na twarzy zagościł. Mimo, że mi osobie z tamtych lat czerwony goździk kojarzy się nieodłącznie z PRL-oskim dniem kobiet.
Chyba trzeba się nauczyć cieszyć z małych rzeczy, a świat będzie piękniejszy.
Natomiast w drodze powrotnej mąż widząc uśmiech na mojej twarzy:
- Ja bym ci kupował kwiaty, ale ty sobie pewnie zaraz pomyślisz, że coś przeskrobałem!
- Hmmmmm - męska logika :-)

piątek, 14 listopada 2014

"Gdy się odechciewa żyć, nie znaczy to wcale, że się zachciewa nie żyć."

NIE!!! NIE!!! NIE!!!

NIE BĘDĘ JUŻ NARZEKAŁA!!!

I wszystko było by dobrze, żeby mi się chciało tak bardzo jak mi się nie chce!!!


środa, 12 listopada 2014

"Wszystko wydaje się dalekie, gdy stoimy w miejscu."

Żyje ... to znaczy oddycham ... jem, gotuję, piorę, sprzątam, pracuję, uczę się ... nawet się śmieje, żartuję ... niby wszystko jest w porządku ... normalnie ... jak zawsze ... a ja mam wrażenie, że to "prawdziwe życie" toczy się gdzieś obok mnie.

poniedziałek, 27 października 2014

Zagubiona w czasoprzestrzeni!!

"Do wszys­tkiego, co czy­nisz pot­rze­ba ci od­wa­gi. 
Ja­kikol­wiek kurs obie­rzesz, zaw­sze znaj­dzie się ktoś, kto ci po­wie, że idziesz w złym kierun­ku, zaw­sze po­jawi się po­kusa myśle­nia, że Twoi kry­tycy mają rację. 
By nak­reślić kurs działania i zreali­zować go do końca, pot­rze­ba Ci od­wa­gi żołnie­rza. Również czas po­koju po­siada swe zwy­cięstwa, ale mogą ich za­koszto­wać tyl­ko ludzie odważni. "
Ralph Waldo Emerson

wtorek, 21 października 2014

"Wszystko wydaje się dalekie, gdy stoimy w miejscu."

Już wiem o co chodzi, to znaczy zawsze wiedziałam, tylko czasami strasznie trudno mi się do tego przyznać.
Przytłacza mnie fakt, że ja dorosła kobieta. Żona, matka dorosłego już syna nie mam swobody w działaniu. Czasami czuję się jak małe dziecko we mgle. Chciałabym rano móc wyskoczyć po bułki do piekarni, porozmawiać z panią sprzedawczynię chociażby o pogodzie. Wyskoczyć na kawę z koleżanką, po szlajać się po sklepach. Żyć od tak po prostu. Niestety wszystkie te zwyczajne rzeczy muszę dobrze rozplanować. Muszę dostosować się do planu dnia mojego męża i syna, bo to dzięki nim mogę wyjść z domu i do niego wrócić. Pracowałam przez jakiś czas i było mi z tym bardzo dobrze. W końcu czułam się jak pełnowartościowa kobieta. Zmęczona jak cholera, bo wszystko co do tej pory robiłam sobie do południa na spokojnie musiałam zrobić po pracy na szybko. Wiem jednak, że praca na pełnym etacie jest póki co nie możliwa. Pracę jaką teraz znalazłam jest to praca zdalna, w domu przy komputerze. Cieszę się, że ją mam, może podniesie to moją samoocenę. Analityk to tak dumnie brzmi. No a po za tym każdy grosz się liczy. Ale to nie jest to, o czym marzę. Mam pracę, a nadal siedzę w domu i gadam do szklanego ekranu.
I wyobraźcie sobie, że przed normalny życiem blokuje mnie 7 schodów. Tylko, a dla mnie to aż.

czwartek, 16 października 2014

"Życie zmusza człowieka do wielu czynności dobrowolnych."

Mam pracę ... nową.
Nieco dziwna ta moja praca, ale jak dla mnie idealna. Muszę tylko trochę swoje życie przemeblować na nowo i będzie super. Nie uwierzycie znowu jest to praca związana z motoryzacją. Po mojej ostatniej pracy w warsztacie samochodowym, myślałam, że nigdy już mnie to powiązanie nie spotka. Jednak życie jest pełne niespodzianek. Nic się oczywiście u mnie nie zmieniło w kwestii wiedzy o autach, nadal je rozróżniam po kolorach. Choć dziś na tapecie miałam motory, albo motocykle, nie ważne, w każdym bądź razie konie mechaniczne na dwóch kołach. Muszę przyznać, że trochę mnie to bawi, jednakże mam nadzieję, że to praca na dłużej niż tylko na okres próbny.

poniedziałek, 13 października 2014

Panie ministrze Arłukowicz powinien się pan wstydzić!!!

Dawno nic mną tak bardzo nie wstrząsnęło.

Duży szpital, w naszym lokalnym świecie uchodzi za  bardzo dobry i fachowy, ale to co tam poczułam i zobaczyłam wstrząsnęło mną dogłębnie. Jeszcze dobrze tam nie weszłam, a już chciałam uciekać. Od samego wejścia odrzucił mnie smród, nie powiem brzydki zapach, bo to był smród nie z tej ziemi. Często bywam w szpitalach i to fakt, że każdy ma swój specyficzny zapach, ale tam śmierdziało głębokim PRL-em. Żeby dotrzeć tam gdzie miałam badania, musiałam przebrnąć przez dwa odziały, bo tylko tam była winda.
Odział ortopedyczny - no to pomyślałam taki oddział dla mnie, skorzystam z toalety, bo gdzie ma być odpowiednia jak nie tu. Pytam pani, gdzie znajdę przystosowaną toaletę dla niepełnosprawnych, pani patrzy jak na kosmitę, "ale my tu takiej nie mamy, jest tylko normalna". To co w tej "normalnej" zobaczyłam na pewno normalne nie było. To był istny dramat. Kafelki ze ścian odpadały, armatura brudna, żółta, rdzawa. Nie dlatego, że nie myta, dlatego, że tak stara. Normalnie aż się człowiekowi nie dobrze robiło.
Dotarłam w końcu na trzecie piętro, odział rehabilitacyjny - no też jakby dla takich jak ja. Znowu zaczepiam jakąś panią i zadaję to samo pytanie i ponownie poczułam się jak kosmita. "A pani chodzi o uchwyty?" No zdębiałam ci ludzie jakby nie widzieli o czy mówię. I zobaczyłam kolejny dramat. Brud, syf i ubóstwo. Z ram okiennych odchodziły niegdyś pewnie białe teraz brązowe płaty farby. Na ścianie wielki napis "PO SKORZYSTANIU Z TOALETY UMYJ RĘCE", ale mydła i jednorazowych ręczników ni hu hu. I ten potworny odór. 
Do żadnej z toalet nie wjechałam, musiałam załatwić się przy otwartych drzwiach kabiny, a uchwyty to jedno co tam było w miarę z naszej epoki. 
Opisałam tu tylko toalety, bo przy moim schorzeniu to jest dla mnie naprawdę ważne, jak nie najważniejsze, ale cały szpital wołał o pomstę do nieba. Na podłogach łatane, stare płytki PCV, ściany obdrapane. Dramat, dramat i jeszcze raz dramat.

Panie ministrze Arłukowicz wstyd i to w pana mieście!!!!!!!!!!

PS: Pani doktor cudowna, złego słowa nie powiem. Badanie zrobione z ogromnym zrozumieniem, profesjonalnie i na szczęście nic złego nie wykryto. Sprzęt też wyglądał na profesjonalny i nie zabytkowy. Ale współczuję tym którzy tam pracują i pacjentom, którzy muszą tam zostać na dłużej.

wtorek, 7 października 2014

"Książka - pocieszycielka w smutku, towarzyszka w samotności, najlepszy przyjaciel, chleb żywiący umysł i duszę."


Uwielbiam godzinę 16.
W domu wszystko zrobione. Sprzątnięte, uprane, chłopaki nakarmione, po obiedzie ogarnięte i mogę w końcu podetknąć z ulgą. Zawijam się w koc z gorącą herbatą obok i książką w ręku. Mogę spokojnie zatopić się w lekturze. Nie mam ochoty na rozmowy. Książka to ostatnio jedyna moja rozrywka. Nic tak nie cieszy jak popołudnie z jakimś czytadłem. Czasami jest to zwykłe mdłe romansidło, innym razem jakiś kryminał, a może utwór literacki wyższych  lotów. Nie ważne aby czytać. Śmieję się, płaczę razem z bohaterami. Zawsze czytałam, ale teraz tylko w ten sposób potrafię odnaleźć równowagę psychiczną. A może wręcz przeciwnie, zaczynam świrować?? 

środa, 1 października 2014

Matka Chrzestna :-)

Powinnam teraz skakać z radości. I gdzieś tam głęboko w sercu skaczę. Strasznie ciężko wykrzesać mi tą radość na zewnątrz.
Parę miesięcy temu moja przyjaciółka urodziła córeczkę. Bardzo długo na nią czekała. Malutka pojawiła się, kiedy już zaczęła wątpić w to, ze kiedykolwiek zostania mamą. Radości nie było końca jak się okazało, że jest w ciąży. Moja kochana przyjaciółeczka oszalała, świat po za małą nie istnieje. Doskonale ja rozumiem, jestem matką, wiem jak bardzo kocha się własne dziecko i jak dużo można dla dziecka poświęcić. Brakuje mi naszych wielogodzinnych rozmów, wariactw, babskich wieczorów. Ale cieszę się ogromnie z jej szczęścia.
Parę dni temu poprosiła mnie o zostanie matką chrzestną. Zaskoczyła mnie bardzo, bo fakt, ze nasza przyjaźń trwa ponad 20 lat, ale ma siostrę, braci, więc zupełnie się nie spodziewałam. Nie byłabym sobą, żebym się nie zaczęła zamartwiać czy podołam. Dam z siebie wszystko. I widzę w tym dla siebie światełko w tunelu.
Chciałabym w tej chwili cieszyć się bardziej.


piątek, 26 września 2014

"I je­dyne, co uwiel­biam pod ko­niec dnia, to zmy­wanie z siebie tej codzien­ności, która niczym pajęczy­na osacza mo­je ciało. "

- Co na śniadanie?
- Jajecznica, parówki? Dziś makrela w pomidorach.
- Pieczywo jakie? Bułki, chleb? Ciemne jasne?
- A na obiad co?
- Ziemniaki czy ryż?
- Sos czy kotlety?
- Jaka surówka?
- No to co kupić?

Posprzątam, ugotuję, upiorę.
Jednego dnia odkurzę, innego umyję podłogę. Pranie kolorowe, białe. Podleję kwiaty, wytrę kurzę. Od czasu do czasu zadzwoni telefon, pan lub pani spróbują mi wcisną jakieś ubezpieczenie, albo jakieś inne gówno, oczywiście jak zwykle uprzejmie odmówię. Obejrzę jakiś film, nie skupiając się na treści.

Mam dość!!!!!!!!!!!!!!!
Mam dość monotonii codzienności!!!!!!!!!!!!!!!!
Mam dość jałowych rozmów!!!!!!!!!
Mam dość mojego życia!!!!!!!!!!

Czego chcę? Nie wiem!
O czym chcę rozmawiać? Nie wiem!

A jutro?? Jutro idę do szkoły i przez 6 godzin zamierzam nie myśleć o życiu.

czwartek, 18 września 2014

"Sam na sam"

Nie piszę, bo nie chcę narzekać. Chcę uchodzić za osobę uśmiechniętą, optymistyczną, która mimo wszystko świetnie sobie radzi. Lubię być za to podziwiana. I może właśnie w tym jest problem. Przyzwyczaiłam ludzi dookoła, że ze wszystkim dam sobie radę. Teraz kiedy nie daje sobie rady nawet z własnymi myślami, wszyscy to bagatelizują. "Jak to ty sobie nie radzisz, no daj spokój, kto jak nie ty, masz po prostu gorsze dni, jesień idzie i takie tam". Nikt moich obaw nie bierze na poważnie.
Ale niech ktoś siądzie na wózek, zamknie się w domu bez możliwości samodzielnego wyjścia i pożyje tak chociaż przez tydzień. Wtedy pogadamy.

A ja naprawdę przestaję sobie radzić psychicznie. Moje życie i warunki w jakich żyję coraz bardziej mnie przytłaczają. Coraz trudniej jest mi się podnieść i spojrzeć życiu w oczy.

"Znowu jak w twierdzy siedzę pomiędzy
Tym co na zewnątrz, a wewnątrz mnie
Ulice tłoczne, gwarne, radosne,
A we mnie tak pusto smutek i gniew

Głowy za ciasne na myśli własne
Chcę wyrzucić z siebie coś
Jednak tu siedzę sam, a za oknem tam
Brak miejsca na moją złość"



"Z sobą się męczę, duszę swą dręczę,
Sam sobie rade próbuję dać
Tam ludzie inni mi nie przychylni
Nigdy nie chciałem i nie chcę znać

Szukam przyjaciół na przekór światu,
Który mi zamknął ukrył gdzieś ich,
Choć są daleko za siódmą rzeką,
Sam być już nie chcę otwieram drzwi" 

(fragmenty piosenki ENEJ "Sam na sam")

piątek, 12 września 2014

Mój pupil :-(


Tak bardzo mi smutno.
Godzinę temu odszedł mój kot. 13 lat razem. Czasami miałam wrażenie, że on jedyny wysłuchiwał od początku do końca moich trosk i radości. Ja mówiłam, czasami płakałam, a on siadał i spokojnie słuchał. Przychodził, przytulał się. Czasami rozweselał. Broił też niemiłosiernie, skakał po meblach, podgryzał mi kwiaty. Zawsze był członkiem naszej rodziny. Tym bardziej, że pojawił się w naszym życiu, wtedy kiedy bardzo potrzebowałam się do kogoś przytulić, tak po prostu bezinteresownie. Miał wtedy dwa tygodnie, nie umiał nawet sam jeść. Uczyłam go wszystkiego do picia mleczka z miseczki po korzystanie z kuwety. Był taki malutki i nie poradny, że nie potrafił sam zejść z kanapy, ślizgał się na kafelkach kiedy biegł za mną do kuchni. Zawsze tam gdzie ja. Wierny towarzysz. I odszedł przytulony do mnie. Po cichutku i spokojnie.
Chorował trzy dni. Najpierw przestał jeść, wczoraj przestał chodzić. Dziś weterynarz zrobił mu wyniki i okazało się, że siadły mu nerki, wątroba i ratunku już nie było. Zadzwonił żeby przyjechać i go uśpić, bo teraz to już tylko będzie cierpiał, a on chwilę potem umarł sam.
Rany jak mi źle, jak bardzo chce mi się płakać :-(

czwartek, 11 września 2014

"Potrzeba wiele siły, aby udźwignąć codzienność."

Od dawna zbieram się, żeby napisać, ale trudno mi pozbierać myśli.
Z jednej strony nic ciekawego się nie dzieje, a z drugiej dzieje się wiele.
Trochę trudno mi to wszystko ogarnąć.
Zacznę od końca.
Otóż od soboty zaczynam szkołę, całkiem nowy kierunek. Tak wiem, wiem. Mówiłam "nigdy więcej szkoły". Ale powiedzcie mi co ja mam lepszego do roboty. Ciągle nie mam pracy, a od tego stałego siedzenia w domu i tej monotonnej codzienności można dostać świra. Doszłam do wniosku, że dla mnie szkoła to rozrywka. To coś innego niż codzienność, to spotkania z ludźmi, to rozmowy o wszystkim i o niczym, to beztroski śmiech itd. itp. Ostateczną decyzję podjęłam po odebraniu wyników egzaminu zawodowego z poprzedniego kierunku. Zadałam i to jak na moje oko bardzo dobrze zdałam. Teoria 65%, praktyka 90%, jestem już pełnoprawnym Technikiem Administracji (obsługa klienta w jednostkach administracyjnych). No i niesiona na fali radości zapisałam się na nowy kierunek, tym razem Technik BHP. A co jeszcze te trzy semestry wytrzymam, a zawsze dodatkowy papier się przyda.

sobota, 2 sierpnia 2014

Moje dorosłe dziecko.

Obecnie jest na Woodstocku i zapewne się świetnie bawi.  Potwornie to jest przerażające, oczywiście nie to, że się dobrze bawi, ale to, że on jest już taki dorosły. W głowie mi się nie mieści, że moje maleństwo za miesiąc skończy 19 lat. Od października zacznie studia, a we wrześniu zamierza zrobić sobie prawko. Samodzielnie podróżuje po świecie, lata samolotami, na samą myśl o tym matka dostaje mdłości.
Dziś w nocy padało i nie mogę przestać myśleć, czy on przypadkiem tam na tym Woodstoku nie zmókł za bardzo. Martwi mnie fakt, że przebież nie wziął nic ciepłego do ubrania. Z całych sił się powstrzymuję by nie zadzwonić. Ciągle sobie powtarzam "niech się bawi, bo kiedy będzie się bawił jak nie teraz". Doskonale pamiętam jak ja byłam na biwaku pod namiotem, a była wtedy młodsza niż on dziś, jak ogromna ulewa nam ten namiot prawie zmyła z powierzchni ziemi, nie miałyśmy ani jednej suchej rzeczy i przeżyłyśmy, a dziś mamy co wspominać, niech on też ma. Jednak wolałabym by miał suche wspomnienia.

sobota, 19 lipca 2014

"Bierzemy misia w teczkę i jedziemy na wycieczkę ..."

Czuję się strasznie źle ... i fizycznie i psychicznie ... jestem potwornie osłabiona ... chwilami mam wrażenie, że nie mam siły żyć.
Ale nie poddam się!!!!! O nie, nie!!!!!

Pomalowałam paznokcie na niebiesko, nawet te u nóg (aaaaaaaa bo ja zapomniałam wam powiedzieć, a to jest wielkie wydarzenie w moim życiu, pierwszy raz odkąd jeżdżę na wózku kupiłam sobie sandałki! A co wszyscy mogą dlaczego ja nie?), no i właśnie w związku z tym nawet te paznokcie u nóg pomalowałam. Niebieskie cienie na oczy, gruba czarna kreska, dużo czarnego tuszu na rzęsy. Przezroczysta bluzeczka z niebieskimi kokardkami, długa zwiewna spódnica. Krem z faktorem numer 50.  I wyruszam z rodziną nad jezioro. Oni będą grillować, kąpać się, a ja w niebieskim słomkowym kapeluszu z wielkim rondem i niebieskim kwiatkiem będę czytać książkę, chłonąc każdy promień słońca.

Może właśnie tego mi trzeba, słońca, poczuć lato.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Polska Służba Zdrowia ...

... co to w ogóle jest??
Od 4 dni biegam po lekarzach ... dwoje internistów, dwóch chirurgów i radiolog. I co mi jest?? Nie znaju!! Ja zwijam się z bólu i szlag mnie trafia z bezradności. Już próbowałam dziecko moje namówić by zmienił plany i zamiast na prawo poszedł na medycynę, może jakoś bym przetrzymała zanim byłby w stanie mnie wyleczyć, ale nie chce. Póki co zapewnił mnie, że jak teraz ukradnę batonika, to znając tępo naszego prawa obroni mnie jak skończy studia. Ale wracając do tematu. Dziś byłam w trzech miejscach żeby zrobić USG ... tu lekarz na urlopie, tam w poniedziałki nie przyjmuje, a jeszcze gdzie indziej terminy przecież są, a na skierowaniu PILNE! z wielkim wykrzyknikiem. W końcu zlitował się jeden młody radiolog. I też przyczyny bólu nie znalazł. Wróciłam do domu i zrobiłam coś czego nigdy nie robię, zapytałam wujka GOOGLE. Przeraziłam się mam chyba wszystkie choroby świata. Szybciej to wszystko wyłączyłam, niż włączyłam. Na koniec złego potłukłam termometr. MASAKRA!!!!!!!
A wszystko dlatego, że moja ukochana pani doktor poszła na urlop. Leczę się u niej odkąd osiągnęłam pełnoletność, a było to ładnych parę lat temu. Różne zdrowotne, a raczej chorobowe wzgórki i pagórki się w moim życiu działy i nigdy takich cyrków nie było. Ona zawsze pociągnie za kilka sznurków, wykonała odpowiednie telefony i żyje i mam się dobrze, tzn miałam się dobrze do piątku.
EUREKA!!! Wiem nie powinno się chorować w piątek, bo wszyscy myślą już tylko o weekendzie. W weekend, są fajniejsze zajęcia, pacjent poczeka do poniedziałku. Natomiast w poniedziałek wszyscy myślami są jeszcze na weekendzie. Zobaczymy może jutro będzie lepiej.

A tak na marginesie ... to nie zdawałam sobie sprawy, że ja taka stara jestem ... jacy ci lekarze młodziutcy ... nie wiem czy mam im ufać, czy się ich bać?? 

środa, 9 lipca 2014

"[...] historia składa się z łez, krwi i głupich nadziei."

Może powinnam się głośno wypłakać, wykrzyczeć, walnąć pięścią w stół.

Ale jak??

Syn właśnie czeka na wieści ze studiów, rekrutacja zakończona teraz stres związany z oczekiwaniem. Matka musi wspierać syna, a nie dokładać mu strasów.

Mąż przy tych upałach na hali gdzie pracuje ma prawie temperaturę wrzenia, a do tego jeszcze nie może się rozebrać, tylko musi robić w pełnym ubraniu, więc po ośmiu godzinach w takich warunkach wraca do domu padnięty. Nie ma sił na nic, po co mu jeszcze płacząca żona

A do tego wszystkiego jeszcze kot zaczyna chorować, codziennie rano wymiotuje i nawet on nie ma ochoty mnie pocieszać.

Gdzie tu miejsce na moje głupie łzy. 


wtorek, 8 lipca 2014

"Tkamy marzenia, cerujemy rzeczywistość."

Dlaczego przychodzą takie dni, że człowiekowi nic się nie chce, że wszystko traci sens??

Tak, właśnie dziś mam taki dzień i wczoraj też taki miałam i obawiam się, że jutro też nic się nie zmieni. Jeszcze kilka dni temu byłam pełna nadziei, miałam nowe plany na życie. Teraz siedzę w tych moich przeklętych czterech ścianach i mam wrażenie, że nic ode mnie nie zależy. Wszystko co do tej pory w życiu zrobiłam, co zdobyłam, co osiągnęłam jest bez sensu. Wszystko na nic, bo i tak zawsze będę tkwiła w czterech ścianach.
Wiem nie powinnam narzekać, na pewno macie tego po wyżej uszu. Powiem wam coś w tajemnicy tylko cicho sza ... w realnym świecie nie narzekam, jak płaczę to po cichu w poduszkę. Tylko tu mogę sobie swobodnie ponarzekać i głośno wylać łzy.

środa, 2 lipca 2014

"Patrz w gwiazdy, ale uważaj na drogę ..."

Jak ja nie lubię ludzi, którzy uważają się za lepszych od innych. Bo są zdrowi, przystojni. Bo im się w życiu powiodło. Bo mieli trochę więcej szczęścia. Bo mają trochę więcej.
Ja rozumiem jak ktoś na to co ma, ciężko zapracował. Taki ktoś miał by prawo nosić się wysoko, ale tak naprawdę, się nie wywyższa. Są jednak tacy, co im się po prostu udało. Umieli się wstrzelić w odpowiedni czas w odpowiednie miejsce. Choć to też trzeba umieć. Mam wrażenie, że ci co im coś przyszło łatwo, od tak, są trochę pozbawieni człowieczeństwa. "Gwiazdy" lepsi od tych na dole.
Taaaaa niedawno miałam wątpliwą przyjemność spotkać taką "gwiazdę". W TV miły, uprzemy, oj co to nie on, a tak prawdę powiedziawszy "gwiazda" jednego przeboju. Na żywo okazał się burakiem jakich mało. Oczywiście na scenie brylował jak trzeba, dziewczyny piszczały, prawie mdlały. Ale jak zszedł ze sceny wyszła słoma z buta.  
A może to tylko mój subiektywny punkt widzenia, może miał zły dzień, może był zmęczony, może gwiazdorstwo go przerosło?? hmmmmm

poniedziałek, 30 czerwca 2014

hmmmmm

 "Pielęgnuj swoje marzenia.
Trzymaj się swoich ideałów.
Maszeruj śmiało według muzyki, 
którą tylko ty słyszysz.
Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, 
a nie z oglądania się za siebie." 
Paulo Coelho 

 To dziś przeczytałam na pamiątce, którą syn dostał kończąc liceum i się zadumałam. 

Tak bardzo chciałabym podążać do przodu, a ciągle jeszcze oglądam się za siebie. I nadal boję się zrobić kolejny krok do przodu.
Kiedy usiadłam na wózek, nie godząc się z tym ciągle szukałam nowej rehabilitacji. Wielu rehabilitantów próbowało postawić mnie na nogi, doskonale pamiętam jak bolał każdy krok. Jak cierpiałam kiedy upadałam. Psychicznie bolało, ból fizyczny nauczyłam się znosić. Dziś wciąż boję się upadku. Wiem, że każdy chodzący człowiek kiedy upada się podnosi, ja żeby się podnieść potrzebuję pomocy. Jestem nikim bez drugiego człowieka.

czwartek, 26 czerwca 2014

W woli wyjaśnienia ...

 ... moja mam to wspaniała kobieta, swoje życie dzieciom poświęciła. Ma ich całą czwórkę. W domu zostało jej jeszcze dwóch synów (19 i 21 lat).

Wtedy przed laty to mi się wydawało normalne, jestem dorosła, mam dziecko, mam faceta, wyprowadzam się i nie oglądam się na siebie.  Oczywiście, że bałam się potwornie, ale kto na początku się nie boi. To, że mieszkaliśmy w takich warunkach, jakich mieszkaliśmy to dlatego, że na nic innego nie było nas stać. I absolutnie nie mówię, że to czyjaś wina. A na pewno już nie mojej mamy. Nie mam do niej najmniejszych pretensji o tamten czas. Kiedy ja się wyprowadzałam, mama miała na głowie troje małych dzieci (siostra miała wtedy 5 lat, a braciszkowie byli całkiem maleńcy jeszcze) zdawałam sobie sprawę z tego, że mi nie pomoże. Musiałam liczyć na siebie i mojego męża. Teraz mogę być tylko dumna, że mimo problemów ze zdrowiem i wszystkich innych przeciwności dałam radę. Wychowałam wspaniałego chłopaka.
Tylko, że zszokowała mnie rozpacz mamy za moją siostrą. Cofnęłam się do przeszłości i zrobiło mi się przykro. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

"By­wają ta­kie dziw­ne chwi­le, kiedy ktoś zro­bił Ci przyk­rość, a to Ty masz poczu­cie winy... "

Dzień ojca, a ja dziś o mamie.

Bo stała się tragedia. Moja 25-letnia siostra (jest ode mnie o 15 lat młodsza) wyprowadziła się z domu do swojego chłopaka. No i mama przychodzi do mnie i rozpacza.
Ja prawie 19 lat temu też się wyprowadzałam z domu. Z malutkim dzieckiem, ledwo się poruszając, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim (bo mojego obecnego męża mama nie znała, widziała go parę razy) i nikt się mną nie przejmował. Nikt za mną nie płakał. Kręgosłup mnie tak bolał, że przewracałam się na prostej drodze. Ni stąd ni zowąd traciłam władze w nogach i nikogo nie obchodziło jak sobie poradzą z maleństwem, mieszkając gdzieś w środku lasu, z dala od cywilizacji. Nikt się nie martwił jak będę nosić dziecko po skodach. Nikogo nie obchodziło, że zimą mieliśmy szron na suficie, że dziecko trafiło do szpitala z podejrzeniem jakiejś choroby płucnej, bo wilgoć dała się maleństwu mocno we znaki. Kiedy się wyprowadzałam, nikt mi nie powiedział "zawsze możesz wrócić" wiedziałam, że powrotu już nie mam.
A dziś z domu wyprowadza się moja siostra, 25-letnia, pani inżynier, niedługo będzie broniła magistra, zdrowa, do chłopaka z którym spotyka się od paru lat.

Nie wiem dlaczego mam ochotę się rozpłakać??

Kocham moją siostrzyczkę i moją mamę też bardzo kocham, a jednak mam ochotę jednej i drugiej nakopać do d***.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Tęsknicie???

Cztery lata temu postanowiłam przed sobą jakiś cel. Wtedy niemalże nie do osiągnięcia. Och jak bardzo się bałam. Cały ogrom wątpliwości miałam. Powtarzałam sobie "co tam, jak nie dam rady to zrezygnuje i tyle". Dałam radę, nawet bardzo dałam radę. Mój cel został w pełni osiągnięty.
I co teraz?? I co dalej??

PS: Jutro jeszcze tylko ostatni egzamin. Państwowy. I będę wolna jak skowronek. Jeszcze tylko chałupę ogarnę, bo ostatnio to tylko nauka i nauka  i wracam na łamy blogosfery.


wtorek, 10 czerwca 2014

wtorek, 20 maja 2014

Nasza Miss :-)

Kochani mało mnie tu, a jeszcze do tego będę monotonna.
Bo chciałabym was jeszcze raz poprosić o głosy na moją Kasieńkę.


http://jedyna-taka.pl/miss,8,katarzyna-grobelna.html

 


 Wiem doskonale, ze czasy teraz trudne i nikomu się nie przelewa i każdą złotówkę się ogląda z każdej strony zanim się wyda, a te smsy to 2,46 zeta. Ale tak bardzo chciałabym pomóc jej spełnić marzenie. Znam ją kilka lat, jak się poznałyśmy nie miała jeszcze osiemnastki. Od dziecka boryka się z kalectwem i doskonale sobie radzi. Uśmiech z jej twarzy nigdy nie schodzi. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek narzekała na los. Dziś ma szansę na odrobinę prawdziwej radości, na to żeby los odrobinę wynagrodził jej te lata bolączki. O niczym nigdy bardziej nie marzyła.
 

 Z drugiej strony to bardzo wielka sprawa dla każdej kobiety na wózku. Pokazać światu, że jesteśmy kobietami. Mimo kalectwa, mimo niejednokrotnie zniekształcenia ciała, jesteśmy kobietami. Często obserwowałam wybory miss zdrowych dziewczyn. Od paru lat wybiera się mis publiczności przez semsy i naprawdę masę ludzi tam głosuje nie licząc się z kosztami. W ciągu trwania transmisji dziewczyny zbierają ogrom esmesowych głosów. I tak się zastanawiam dlaczego nam jest tak trudno teraz ludzi namówić na głosy.


  Bo co?? Bo Kasia jeździ na wózku?? Przecież jest młodą, piękną kobietą jak tamte.


Nie chcę żebyście to robili  z litości, ale z przekonania, że naprawdę pomagacie w spełnieniu marzenia. Może to nie jest apel o ratowanie życia, a może jednak trochę tak. Na pewno to jest walka, każdej z kandydatek o godność życia, o tożsamość, o pewność siebie.

 Pomóżmy jej!!!!

Wrzucam kilka migawek z jej życia ... prawa, że piękna ... proszę głosujcie ... u góry jest link.  
 


 


PS: dziękuję wszystkim z całego serducha za wszystkie oddane już głosy i z góry dziękuję tym wszystkim którzy zdecydują i teraz zagłosować.

piątek, 9 maja 2014

"Jedyna taka"

Moja koleżanka startuje do wyborów miss na wózkach organizowanych prze fundację
 http://jedyna-taka.pl/

Jest młoda, piękna i całe życie przednią. Te wybory to nie jest taki standardowy handel żywym towarem jak to jest na zwykłych wyborach. Tu przede wszystkim chodzi o to, żeby pokazać, że my kobiety na wózku też jesteśmy pięknymi, pełnowartościowymi kobietami, a jedyny minus to to że zamiast na szpilkach poruszamy się na czterech kółkach. Choć niejednokrotnie szpilki na nogach goszczą. Chodzi o to, żeby świat w końcu zrozumiał, że jesteśmy takie same, że dbamy o siebie, że mamy plany i marzenia. Nie rzadko po wybojach, a jednak ambitnie dążymy to ich spełniania.

No i właśnie Kasia teraz marzy by zostać naszą miss i potrzebuje do tego wsparcia.
Katarzyna Grobelna
 Aby oddać głos na kandydatkę nr #8

wyślij SMS na numer 72068 o treści:
TC.JEDYNA.8
Na daną kandydatkę można głosować tylko raz dziennie z jednego numeru telefonu.
Koszt wysłania SMS wynosi 2,46zł z VAT. Usługa dostępna jest w sieciach T-mobile, Plus GSM, Orange i Play. Obsługę zapewnia Dotpay.
Kontakt: fundacja@jedyna-taka.pl
Dochód z głosowania przekazany będzie na bieżące cele.

Będziemy wdzięczne za wsparcie i ewentualne przesłanie dalej :-)

http://jedyna-taka.pl/miss,8,katarzyna-grobelna.html

czwartek, 1 maja 2014

Wiosna ach to ty :-)

Kocham wiosnę ...


... kocham wiosenne słońce, wiosenny wiaterek, nawet wiosenne burze i ulewne deszcze ...

 ... ale przede wszystkim kocham kwitnącą przyrodę i zapachy ...
 ... zapach świeżej łąki, lasu, kwiatów ...

 ... dziś mały kawałek tej cudownej wiosny przyniosłam do domu ...

... pachnie obłędnie :-)

Czujecie ten zapach???




piątek, 25 kwietnia 2014

Słońce świeci, życie pędzi.



Moje kręci się w koło nauki. Ja kuję, syn kuje. A dodatkowo dziś mój syn skończył liceum, przyniósł świadectwo. Teraz tylko matura i wakacje będzie można zacząć. Tym bardziej będzie mu spieszno, bo tuż po ostatnim egzaminie jedzie na miesiąc do Szkocji i tam będzie spędzał czas oczekiwania na wyniki. No i dobrze przynajmniej nie będzie szwendał się z kąta w kąt i denerwował.

Szok jaka jestem stara. Mam dorosłego syna. Masakra. Pocieszające jest to, że nie wyglądam :-) No i jeszcze to, że moja nauka mnie trochę odmładza.

No to wracam do nauki :-)

PS: Poszukuję turnusu rehabilitacyjnego ... wie ktoś może coś?? Region nie sprecyzowany, żeby tylko nie za drogo było.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zwalniam ...

Jak tam u was przed świętami??
U mnie:
1. Ciągle kuję i nadal czarno to widzę, a przynajmniej jeżeli chodzi o maturę, z resztą mam nadziję dać sobie radę.

2. Łatwiejszą część kursu mam już za sobą, czekam z niecierpliwością na drugą część, mam nadzieję o wiele ciekawszą i być może po niej przeczytacie o mnie nie tylko na blogu, ale i na stronie internetowej. Kurs jest bardzo spoko, ja i wykładowca, sytuacja mnie całkowicie zaskoczyła, ale może dzięki temu mam szansę więcej się nauczyć.

3. Przygotowania do świąt idą mi opornie, ale cholerka przecież człowiek sprząta na bieżąco, więc przed świętami nie musi się zajeżdżać. Dom świątecznie przyozdobiony i tu ciekawostka (tylko się nie śmiejcie) na firankach w kuchni nadal wiszą świąteczne bombki i co gorsza wcale nie przypominają jajek :-) Takie zakręcenie. Dziś na pewno przypomnę chłopakom by je ściągnęli i tak codziennie zapominam.

Ale najważniejsze, jest pięknie, słonecznie, robi się coraz cieplej i chce się żyć.

piątek, 11 kwietnia 2014

Deficyt czasowy ... ma ktoś pożyczyć chwilkę??

Tak właśnie, doskwiera mi chroniczny brak czasu. Nauki ful. Święta już za pasem. A ja jakby tego było mało, załatwiłam sobie jeszcze kurs tworzenia stron www. Czy ja mówiłam, nigdy więcej żadnej nauki?? No no tylko, że mi ciężko na miejscu usiedzieć. Zatem od poniedziałku znowu w biegu.

Łamię stereotyp, że osoby niepełnosprawne siedzą w domu, na kanapie, nic nie robią i umierają z nudów.

Nie obraźcie się i nie zapomnijcie o mnie, ale najprawdopodobniej  pojawię się tu ponownie dopiero po 17 czerwca.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

itd. itp.

O masakra. Jeszcze ta wiertarka za ścianą. No ja rozumiem, ze idą święta i wiosna i trzeba mieszkanie odświeżyć, ale dlaczego właśnie teraz. Akurat teraz, kiedy mam do zwalenia nauki. Potrzebuję skupienia, a w tym hałasie nie słyszę własnych myśli. Moi sąsiedzi nie mają litości.
Zaoczna nauka jest fatalna, mam wrażenie, że ciągle mam jakieś zaliczenia, egzaminy i zero oddechu.

Zostało mi jeszcze:
- cztery zaliczenia;
- jedna praca do napisania;
- pięć egzaminów semestralnych;
- matura z matmy;
- pisemny z rosyjskiego;
- ustny z rosyjskiego;
- państwowy egzamin zawodowy teoretyczny;
- państwowy egzamin zawodowy praktyczny
A potem to już tylko laba. Nie mogę się doczekać.

Z drugiej strony bardzo się boję tej laby. Cholera przez ostatnie cztery lata dużo się w życiu moim działo. Boję się, że znowu utknę w domu.

piątek, 4 kwietnia 2014

Młodość nie wieczność ...

Mój syn był na komisji wojskowej. Dostał książeczkę wojskową z kategorią A, czyli zdolny do służby. No i gdybyśmy mieli poborową służbę wojskową, poszedł by bronić naszej ojczyzny. Tzn. jakby teraz (twu twu twu) wybuchła wojna to bronił by kraju. Przerażające. Mam nadzieję, że żadnej wojny nie będzie. Mnie jednak przeraża coś jeszcze, z dnia na dzień coraz bardziej dociera do mnie, że ja w domu nie mam już dziecka tylko dorosłego mężczyznę. Niedługo wyfrunie mi z gniazda. Nie żebym jakoś rozpaczała z tego powodu, taka kolej rzeczy i tyle. Najbardziej jednak przeraża mnie to, że ja już taka stara jestem.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Cel osiągnięty :-)

No i budki kupione. Najzabawniejsze jest to, że na drugiej stronie ulicy. Sklep mi się schował za biedronką, a ja sklerotyczka całkiem zapomniałam, że on tam jest i tyle kilometrów pokonałam. Co prawda nie są takie jak te moje wcześniej upatrzone, ale są bardzo kobiece. Kupione oczywiście na dziele dziecięcym, ale na szczęście w dzisiejszych czasach dziewczynki to modnisie, więc dzięki temu mogę tam dostać buty na siebie. Tak swoją drogę numer 36 to aż tak mała stopa??

środa, 2 kwietnia 2014

Kobietą być ...

Tak to jest jak but z miasta, a noga ze wsi.

Zapragnęłam kupić sobie piękne, kobiece buciki i lipa. Upatrzyłam sobie nawet takie jedne urocze buciki. Niestety nie tak małych numerów. Obskoczyłam wszystkie obuwnicze w okolicy, nawet wybrałam się do Szczecina i odwiedziłam wszystkie duże sieci  z butami. I co?? I cholerka chyba będę musiała pozostać przy obuwiu sportowym.
Zawsze miałam problem z butami, bo mam małe stopy z wysokim podbiciem. Zawsze jakoś udało mi się jednak coś znaleźć. Wyobraźcie sobie, że buty do ślubu kupiłam na dziecięcym, komunijne. Myślałam, że teraz będzie prościej, bo wybór jest zdecydowanie większy i coś dobiorę. Jedyne jakie na mnie pasowały to sportowe, ale takie to ja mam.
Problem jednak w tym, że jakiś czas temu polubiłam spódnice i do nich ni jak nie pasują adidasy. Dwa lata temu kupiłam sobie ładne kozaczki, a że nie chodzę to nie niszczę butów, więc będę je nosić całe wieki. Niestety robi się ciepło i trzeba będzie wyskoczyć z kozaków. No i co je teraz będę nosić do moich spódniczek.
No i ma taki prozaiczny, kobiecy problem.

niedziela, 30 marca 2014

„Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta wraca - to miłość macierzyńska."

Uwielbiam być matką swojego syna.

Czasami kłócimy się tak, że szyby trzeszczą.
Przede wszystkim jednak rozmawiamy o książkach, o filmach, o muzyce, o życiu, miłości, przyjaźni, przyszłości i przeszłości.
Nie ma ze mną łatwego życia, bardzo szybko musiał stać się samodzielny. Musiał nauczyć się rzeczy, o których jego rówieśnicy nie mieli pojęcia.
Nie mogę mu też wiele dać, tzn materialnie, bo tak w ogóle to oddałam mu całą siebie. Od małego wiedział, ze jak chce od życia czegoś więcej, musi na to ciężko zapracować. Nic w życiu mu nie przychodziło tak po prostu. Marzy o podróżowaniu, zwiedzaniu świata i poznawaniu jego historii, ja mu jedynie co to tej pory mogłam zafundować to wakacje z rodzicami po kraju. Zatem moje dziecko wzięło sprawy w swoje ręce. Wystartował w konkursie wiedzy o unii europejskiej i wygrał wycieczkę do Brukseli, ze zwiedzaniem przy okazji okolicznych miast.
Właśnie wrócił i nie może przestać opowiadać.
A mamusi przywiózł samodzielnie skomponowane pudełeczko belgijskich czekoladek.
Oj rozpieszczają mnie ostatnio te moje chłopaki ... szczęściara ze mnie :-)

piątek, 28 marca 2014

Słowami świadczyć miłość - to nie miłość...

... ale rogalem to już coś. 

Dziś moja druga połówka na drugą zmianę miała, więc sobie zażyczyłam świeżutkiego rogalika na śniadanko. No i przytaszczył mi do domu rogalika, a właściwie to rogala, ba rogalisko wielkości bochenka chleba. Cudownego, pięknie wypieczonego, posypanego makiem, kruchego rogalika, tylko że teraz to ja go będę trzy dni wcinać.

Mój mąż to jednak czasami potrafi mnie zaskoczyć i rozśmieszyć.

środa, 26 marca 2014

Żeby nie ten ból to by człowiek nie wiedział, że żyje.

Jak ktoś się pierdołą urodził to kanarkiem nie zdechnie.
Coś sobie zrobiłam w żebra, zabijcie mnie, ale zupełnie nie wiem kiedy, gdzie i co. W każdym bądź razie boli jak cholera. Czasami zwyczajnie gubi mnie rutyna. Zapominam zaciągnąć hamulec, szybko chcę się przesiąść, coś zrobić. Tak bardzo chcę być normalna, że zaczynam zapominać o moim kalectwie i to mnie gubi. Często sama sobie robię krzywdę.

poniedziałek, 24 marca 2014

Będzie długo ...

Wyć mi się chce ... wylicza się nam niepełnosprawny każdy grosz, który dostajemy od państwa. A posłowie, każdy jeden, nie ważne z jakiej partii skąd dostają swoje nie małe pensje?? Czyż nie od państwa?? No tak ale oni przecież ciężko pracują na rzecz ów państwa, a my niepełnosprawni to tylko darmozjady. Nie raz usłyszałam, że dostaję rentę za nic nie robienie i powinnam siedzieć cicho. Bardzo chętnie zamieniłabym moją rentę i nic nierobienie, na pracę i przyzwoitą pensję. Nie jestem masochistkę, nie wegetuję bo lubię. Żyję tak jak żyję bo nie mam innych możliwości.

Tak to prawda, mam rentę. ZUS-oską rentę, do tego wszystkiego na stałe i powinnam się z tego powodu piętami w dupę kopać ze szczęścia, bo wielu o takiej marzy. Bo mówią, że dziś do ZUS-u trzeba z głową pod pachą przyjść, żeby rentę dostać. Jestem przez ZUS uznana za nie zdolną do samodzielnej egzystencji i trwale nie zdolna do pracy. Czyli co?? Wychodzi na to, że już do niczego się nie nadaję i nic mi nie wolno. Czas się zabierać z tego świata i głowy nie zawracać.

 Dostaję nieco ponad 900zł owej renty, razem z dodatkiem pielęgnacyjny, o którym się ostatnio tak dużo mówi. Myślicie, że za takie pieniądze da się żyć?? Owszem jeżeli ma się pracującego i zarabiającego męża.  Gdybym miała sama za to żyć, opłacać itd. to by nawet wegetacją tego nie można było nazwać.
Czynsz za mieszkanie 370zł
Prąd teraz płacimy około 150zł więc podzielić to na trzy to na mnie wychodzi 50zł
Gaz na mnie samą wychodzi około 25zł
Telefon, który zaliczam do rzeczy niezbędnych, bo jako osoba trwale chora muszę owy mieć, by móc w razie czego zadzwonić po pomoc 25zł
Bez telewizji i internetu można w sumie żyć, ale podobno ma to być godne życie więc dodajmy jeszcze do rachunku 60zł
Leki bez których żyć nie mogę, około 100zł.
Czyli razem wszystkie wydatki to 630zł
Może za około 300zł dałabym radę się wyżywić, ale gdzie w tym wszystkim pośrednie wydatki. Coś do ubrania. No niby butów kupować nie muszę, mama zrobi mi kapcie na drutach, w końcu nie chodzę, więc buty mi potrzebne nie są. No a nawet jak sobie jakieś kupię to na wiele lat będę miała. Ubierać się modnie też nie muszę, bo jak można być modną na wózku. Kto na to patrzy, przecież ja nawet nie jestem kobietą, jestem osobą niepełnosprawną. W drodze wyjątku są sklepy z używaną odzieżą, które w gruncie rzeczy uwielbiam. O kosmetykach nie wspomnę, to zbędny wydatek dla grubej baby na wózku. Fryzjer to już w ogóle byłby ekstrawagancją. Gdybym miała tak sama z tego żyć to może jedno dobre był było, to to, że może w końcu bym schudła. Choć nie wiem czy dało by się schudnąć, jedząc chleb i potrawy z ziemniaków.

Jestem ciekawa ile panowie posłowie wydają na na garnitur?? Ile kosztują torebki pań posłanek?? A podróże, służbowe telefony, limuzyny?? Ale kto by im to wszystko liczył. Przecież im się należy. Zresztą to nie o to chodzi, ja im nie żałuję, niech oni sobie żyją jak chcę, ale niech się rozejrzą dokoła, niech spojrzą w dół z tych swoich wysokich stołków, na ludzi i niech nam też pozwolą normalnie i godnie żyć.

Mi należy się rehabilitacja ... tak raz na dwa lata dostaję dofinansowanie na turnus rehabilitacyjny, tak około 600zł, koszt całego turnusu to 1700zł, więc muszę dołożyć z tej mojej olbrzymiej renty.
Dostaję też dofinansowanie do wózka inwalidzkiego 1500zł z NFZ + 1500zł z PCPR = 3000zł, a porządny wózek, taki na którym mogę w miarę normalnie się poruszać w moim ciasnym mieszkaniu, który nie połamie się na codziennej jeździe po schodach i który mieści się w windzie kosztuje 7500zł. Dofinansowanie takie przysługuje mi raz na pięć lat, jak się w między czasie zepsuje to siedzę i kwiczę. Na szczęście ma zaradnego męża i w tej chwili jeżdżę na pospawanej ramie w wózku, a połamała mi się na wspomnianych wcześniej schodach.
Dostanę również dofinansowanie do poduszki przeciwodleżynowej 100zł z NFZ + 100zł z PCPR = 200zł, a poduszka, która naprawdę odleżyn nie powoduje kosztuje co najmniej 1500zł.

Wiecie co ja nie chcę narzekać jakoś sobie poradzę, naprawdę dam radę. Tylko czasami jest mi przykro, że jestem takim człowiekiem drugiej kategorii. Czasami nawet popłaczę sobie cichutko w poduszkę. Czasami zamknę oczy i pomarzę sobie o lepszym życiu, o godnych warunkach życia. Przecież marzenia po to są by marzyć, a jak jeszcze sobie pomyślę, że marzyć trzeba, bo czasami się spełniają to od razu mi się robi lepiej. I żyje dalej marząc o spełnionych marzeniach.

niedziela, 23 marca 2014

"Alkohol jest mostem - ale nie drogą"

Szybka impreza, zupełnie nie planowana. Kolorowe kanapki i biała wódka.
A dziś kac gigant.
Ale chyba tego właśnie było mi trzeba. Ostatnio żyję w strasznym napięciu i takie nie planowane rozluźnienie było mi potrzebne.
Jutro będzie trzeba wrócić do rzeczywistości. 

piątek, 21 marca 2014

"Nauka to potęgi klucz!?"

Moja siostra chciała mnie zamordować. Zamordować matematyką.

Tak, postanowiła mi wbić do głowy szereg cyferek. Spociłam się tak, że pot mi oczy zalewał, chciało mi się płakać, mało na zawał nie zeszłam. Błagałam ją by mnie już w spokoju zostawiła i sobie poszła. No tak w maju czeka mnie matura z matematyki i mam  wrażenie, że jej bardziej zależy na tym bym zdała niż mi samej. Bo ja do tej matury podchodzę bardziej dla otoczenia niż dla siebie. Na studia się nie wybieram. Raz, że nie mam możliwości, a dwa za stara jestem już na naukę. Moja administracja teraz kosztuje mnie tyle wysiłku i stresu, że więcej bym nie zniosła. Po za tym ja tam wcale nie czuję się gorsza z powodu braku tegoż egzaminu dojrzałości. Mnie dojrzałości nauczyło życie i znajomości ciągów, algorytmów i tego typu dziwnych rzeczy mi nie brakowało. A po za tym hmmmm moja siostra maturę ma, ba jest nawet inżynierem, a w czerwcu będzie jeszcze magistrem. Za to pracy nie ma tak jak ja i np. dziś miałam wrażenie, że rozmawiałam z dzieckiem, a nie z dojrzałą kobietą .

No chciałabym zdać tą maturę tak dla zasady.

środa, 19 marca 2014

Nóż się w kieszeni otwiera!!!!

Dlaczego protestują opiekunowie niepełnosprawnych dzieci?? Przecież dostają 820zł miesięcznie. Szał mnie ogarnia jak coś takiego słyszę. Niech jakiś minister, obojętnie jaki weźmie te 820zł i przeżyje za nie cały miesiąc, sam. Ja już nie mówię, że razem z dzieckiem. Dziecko niepełnosprawne potrzebuje leki, zaopatrzenie urologiczne, sprzęt ortopedyczny, rehabilitacje. To wszystko kosztuje, kosztuje dużo więcej niż wychowanie zdrowego dziecka. Opiekun nie może iść do normalnej pracy, bo większości tych dzieci potrzebuje opieki 24 godziny na dobę. A jak taki człowiek chce dorobić parę złotych to z miejsca ów zasiłek jest mu odbierany.

Żyją sobie jak pączki w maśle, jedzą, piją, podróżują za nasze pieniądze. A matką które życie poświęcają dla swoich kalekich dzieci  odmawiają godnego życia. Dają żebracze pieniądze i karzą siedzieć cicho. Te matki, ci ojcowie powinni być traktowani jak dobro narodowe, bo to ile potrafią poświęcić dla swoich dzieci, jaką wielką miłość dają tym dzieciakom jest nie ocenione. A tym czasem są traktowani jak śmieci. Co to za kraj??

Przejmują się Ukrainą. Ja współczuję tym ludziom, nie wesołą mają sytuację w swoim kraju, ale cholerka to nie nasz problem. Trzeba najpierw mieć posprzątane na własny podwórku, a dopiero potem zaglądać za płot sąsiada. W naszym kraju na wszystko brakuje, jak tu z niczego pomagać innym??

Ja chyba jestem głupia, nie rozumiem tego wszystkiego!!!!!!!!!!

poniedziałek, 17 marca 2014

"Różni ludzie, różna mądrość."

Kocham moją szkołę, kocham moją klasę.
Miałam szczęście trafić na wspaniałych ludzi.

Kiedy cztery lata temu decydowałam się na pójście do szkoły, szłam tam z duszą na ramieniu. Bałam się potwornie. Nie dlatego, że sobie z nauką nie poradzę, wiedziałam że z tym jakoś tam będzie. Obawiałam się ludzi, bądź co bądź osoba na wózku w szkole to ciągle jeszcze nowość, tym bardziej w szkole dla dorosłych. Bałam się samotnych przerw, stania cicho w koncie i z daleka obserwowania życia klasy. Spotkała mnie wielka niespodzianka od pierwszych chwil, byłam częścią tej klasy jak każdy inny. A jak przenieśli nas na I piętro, bez windy i byłam gotowa wtedy zrezygnować stanęli za mną murem i przez cały rok taszczyli mnie po tych schodach w tą i z powrotem. I kiedy po dwóch latach liceum nadarzyła się okazja dalszej nauki w tej samej grupie nie wahałam się ani chwili, mimo że ta administracja to trochę nie moja bajka. Ale spędzenie z tymi ludźmi kolejnych dwóch lat bezcenne.

A do tego wszystkiego kocham naszą panią, która wykłada nam większość przedmiotów. Raz, że robi to bardzo profesjonalnie. Dwa jak czegoś nie rozumiemy to cierpliwie tłumaczy nam wszystko do skutku jak krowie na rowie. A po trzecie na jej zajęciach nigdy nie jest nudno. Wczoraj na przykład mieliśmy temat "Komunikacja werbalna i nie werbalna", w związku z tym bawiliśmy się w głuchy telefon, kalambury to wszystko w połączeniu z bujną i szaloną wyobraźnią moich współklasowiczów, zabawy było co nie miara. Grupa dorosłych ludzi, a zachowywali się jak przedszkolaki. Wczoraj to był taki szalony dzień, co chwila dostaliśmy jakiejś głupawki, ataków śmiechu trudnych do opanowania. To szaleństwo, ale i również poważne rozmowy, współpraca sprawia, że człowiek chce się uczyć, chce tam być, chce obcować z ludźmi.  

Niestety nasza wspólna przygoda ze szkołą w czerwcu się kończy.

PS: A może ta euforia to to, że zostałam wyróżniona na forum, za najlepsze wyniki w nauce w poprzednim semestrze??

piątek, 14 marca 2014

"Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy"

Ostatnio naszło mnie na filozoficzne rozmyślania. Myślę o ludziach i sytuacjach które mnie otaczają.

W Boga nie wierzę, podobnie jak w cuda. Ale jeżeli ten cały Bóg jednak istnieje to czasami jednak bywa sprawiedliwy. Choć też mam trochę mieszane uczucia, zwłaszcza w pierwszym przypadku.

Kiedyś poznałam dziewczynę, młodą i głupią, życia nie znała, wszystko od rodziców dostała, o nic nie musiała się starać. Po prostu rozpieszczona małolata. Powiedziała mi, że się brzydzi niepełnosprawnych, chorych i starych ludzi. Są brzydcy, pokrzywieni i odrażający. Gdyby jej się urodziło takie dziecko to by je oddała, albo nawet zabiła, bo by nie chciała marnować sobie życia dla "czegoś" takiego. Cztery lata temu urodziła synka z dziecięcym porażeniem mózgowym. Chłopiec nie chodzi, nawet nie siada samodzielnie, trzeba go karmić, przewijać itd. A ona kocha go ponad życie. Z miłości do synka stała się cieniem człowieka, w niczym nie przypomina tamtej małolaty. Poświęca się dla niego całkowicie. Jak się o tym dowiedziałam to aż mnie zmroziło.

Drugi przypadek to facet, któremu wszystko zawsze łatwo przychodziło, co chciał to miał. Mówili o nim w czepku urodzony. Miał też żonę i syna, których olewał i potwornie krzywdził. Kobiety, samochody i motory to było to co kochał najbardziej. Zdradzał żonę na prawo i na lewo, co tydzień woził tymi swoimi błyszczącymi samochodami jakieś nowe, wypindrzone laski. Kręciło się koło niego tego towaru na pęczki. Bzykał (sorki za słowo, ale to i tak delikatnie) wszystko co się ruszało i na drzewo nie uciekało. W końcu żona przejrzała na oczy zabrała syna i odeszła. Wkrótce on miał wypadek na motorze, złamany kręgosłup, wózek, ale co najgorsze paraliż od połowy klatki piersiowej w dół. Czyli z bzykania nici. Powtórzę, jeżeli Bóg istniej to zabrał mu skutecznie to co kochał najbardziej, na motorze też już sobie nie pojeździ. 

Tu zaczynam wierzyć w powiedzenie "Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy"

czwartek, 13 marca 2014

"Odwagą jest żyć, czy odwagą jest umrzeć??"

Generalnie nie wierze w cuda, ale historia o której wam chcę opowiedzieć zakrawa o cud.

Młody chłopak. Zagubiony w brutalnym świecie. Zbuntowany przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Sensu życia szuka w alkoholu i narkotykach. Któregoś dnia przyszedł kres wszystkiemu. Chłopak podejmuje decyzję, może nie do końca świadomie, na pewno nie na trzeźwo. Wyskakuje z okna swojego pokoju na VII piętrze.

W tym momencie zaczyna się całkiem nowa historia. I tu też zaczyna się cud.

Chłopak przeżywa i tak naprawdę wychodzi z tego, no może nie całkiem bez szwanku, ale żyje, chodzi i może zacząć całkiem nowe życie. Tak, budzi się innym człowiekiem. Od tamtej pory, mam wrażenie, żyje bardziej dla innych niż dla siebie. Swoje życie poświęca pomocy innym. Pomaga ludziom i fizycznie i psychicznie. Niejednokrotnie ratuje im życie, wyciąga z dołka, pomaga zacząć od nowa. Wielokrotnie spotyka na swojej drodze takich co to kiedyś podjęli taki sam krok jak on, nie widzieli innego wyjścia jak tylko ze sobą skończyć. Pomyśleli "zatrzymajcie ten świat ja wysiadam". Niestety w większości przypadków ich skok nie zakończył się tak szczęśliwie. Ich dalsze życie to zmaganie się z kalectwem. Ale zawsze w pobliżu jest on i zawsze poda pomocną dłoń. Minęło od tamtej tragicznej decyzji wiele lat, a on jest coraz lepszy i coraz większe rzeczy robi dla innych.

poniedziałek, 10 marca 2014

„Wesoła myśl jest niczym wiosna. Otwiera pąki natury ludzkiej.”

Przyszła wiosna i to jaka piękna, dziś u nas za oknem mamy 17 stopni i piękne słoneczko. Aż się żyć chce. Tylko trochę kondycja po tej zimie kuleje. Zimno to człowiek szybko do samochodu i z samochodu. Po dłuższym spacerze na słoneczku teraz bolą mnie ręce, ale co tam dam radę, najważniejsze, że jest cieplutko i mam nadzieję, że tak już zostanie co najmniej do końca października.
Tak w ogóle mam ostatnio dobry czas i nie tylko ciepło na zewnątrz, ale i w sercu ciepło się robi.
W piątek uczestnicy ostatniego obozu zorganizowali milutkie spotkanko, przykre tylko, że kadrę reprezentowałam sama. No ale w ten piątek ma być powtórka z rozrywki, w dużo większym gronie.
W sobotę natomiast panowie z klasy zrobili nam niezwykłą niespodziankę na dzień kobiet, dostaliśmy bukiety pięknych tulipanów, a że ich tylko trzech, a nas kobitek całkiem pokaźna grupa to mieli pole do popisu.  Miło :-)
Na wiosnę wszystko budzi się do życia, nawet ja :-)

czwartek, 6 marca 2014

"Społeczeństwo przys­to­sowu­je ludzi niepełnos­praw­nych in­te­lek­tual­nie i fi­zycznie do otocze­nia, otocze­nie do tych ludzi, a za­pomi­na przys­to­sować siebie."

No bez przesady ...
... nie popadajmy w paranoję. Najgorsze jest przechodzenie z jednej skrajności w drugą. Wystarczył by po prostu obniżony krawężnik, nie potrzebujemy specjalnego pasa ruchu. 
Jak widzę takie coś to się zaczynam bać. 
Świat chcąc nam pomóc sprawi, że zostaniemy całkowicie odizolowani od normalnego życia, od szeroko pojętej rzeczywistości. Już słyszałam, że są budowane specjalne osiedla dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin. Słyszałam wypowiedź (sprawnego) pomysłodawcy "tu osoby niepełnosprawne, będą w swoim własnym gronie, nie będą musieli się krępować sprawnych ludzi, będą mieli wszystko na miejscu, przystosowany sklep, małą przychodnię pierwszej potrzeby, będzie nawet rozrywka - kawiarnia, gdzie również wieczorami będzie można posłuchać muzyki, w przyszłości może pomyślimy o specjalnym przedszkolu". Przecież to brzmi jak getto. Oczywiście o wiele łatwiej by się nam żyło w przystosowanym środowisku, ale my przede wszystkim chcemy żyć normalnie, mając również kontakt z "normalnym" zdrowym człowiekiem. Przecież my nie zarażamy kalectwem, nie jesteśmy groźni dla społeczeństwa.

PS: mam w wózku przednie kółka tak malutkie, że jak bym źle wymierzyła to na pewno wpadłyby mi w tą kredkę ściekową :-)

BŁAGAM POMAGAJMY Z GŁOWĄ!!!
Empatią, zrozumieniem, ale przede wszystkim rozumem!!!

wtorek, 4 marca 2014

Ludzka pomysłowość nie zna granic :-)

Widzieliście to??

Kosmiczny podjazd :-)


Jak to pierwszy raz zobaczyłam to mnie dziki śmiech ogarnął, ale po chwili zastanowienia wiem co powiedział by każdy instruktor w naszej fundacji "świetnie miejsce do nauki techniki jazdy". No i tak patrząc na to z mojego punktu widzenia to może i trochę czasu zajmuje wjazd na górę, ale lepsze to niż nic. Po za tym z tego co widzę fajnie wyprofilowany i myślę, że dla osoby doświadczonej i sprawnie poruszającej się na wózku nie sprawiłby on dużego problemu. A sam zjazd w dół to tylko przyjemność. Oj przydał by mi się taki gdzieś niedaleko mojego domu, miałabym gdzie trenować i może w końcu bym straciła parę kilogramów.
 Można to "cudo" krytykować,  można się z tego śmiać, może i to jest jakiś wybryk, ale do póki człowiek nie spróbuje to nie będzie wiedział i w stu procentach zgadzam się z dziewczyną z reportarzu.

poniedziałek, 3 marca 2014

"Nie zapominając o przeszłości żyjmy teraźniejszością..."

Dobra koniec tego pitu pitu. Trzeba wracać do rzeczywistości i co z tego, że szara w końcu można ją pokolorować. Dlatego dziś ma obiad naleśnik z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną z kolorową posypką, a do tego kawa z odrobiną cynamonu. Może to nietypowe jak na obiad, ale co mi tam od czasu do czasu można zaszeleść tak dla poprawy nastroju. Mam nadzieję, że słońce za oknem zwiastuje szybkie nadejście wiosny, a potem to już będzie tylko lepiej.

sobota, 1 marca 2014

"Ironia życia leży w tym, że żyje się je do przodu, a rozumie do tyłu."

No i mamy weekend. Pierwszy wolny, zupełnie wolny weekend od ... hmmm nie pamiętam kiedy. Chyba jeszcze w tym roku nie miałam wolnej soboty i niedzieli. Nawet posprzątałam w chałupie wczoraj, obiady wstępnie przygotowane. Moje chłopaki w nocy byli na kinie na "Nocy Oskarów" i teraz odsypiają, a ja zupełnie nie wiem co mam zrobić z taką ilością wolnego czasu. Nadmiar szczęścia jest czasami przygnębiający. Siedzę, wpatruję się w słońce za oknem i rozmyślam. Jednak nadmiar myślenia mi chyba nie służy.

piątek, 28 lutego 2014

"Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi."

Też tak macie?? Niby znacie człowieka, niby go lubicie, a jednak jest coś nie tak.

Mam taką koleżankę, bardzo ją lubię. Świetnie się na współpracuje. Jak mamy zadanie do wykonania, mówimy tym samy językiem, a nawet rozumiemy się bez słów. To bardzo konkretna babka, w sprawach zawodowych pełen profesjonalizm. Jako kumpela świetna do pogadania o wszystkim. Ogromne poczucie humoru. Niezwykle miła i pozytywna osoba. Jednak są chwile, że budzi we mnie jakiś dziwne sprzeczne uczucia. Wręcz czasami się jej trochę boję i wtedy staram się unikać wszelkiego kontaktu. Niedawno poznałam jej bliską koleżankę i mam z tą drugą dokładnie tak samo. Obie bardzo lubię, jednak jest jakieś ale...... Nie umiem nawet tego nazwać. Zupełnie tego nie rozumiem.

środa, 26 lutego 2014

"Aby nie oszaleć, nieraz musimy udawać szaleńców."

Żeby nie było, że na tym naszym obozie to tak poważnie, ponuro i płaczliwie było. O nie, nie!! Bądź co bądź osoby niepełnosprawne to osoby z wielkim poczuciem humoru. Bo w naszym przypadku brać życie zbyt poważnie to można zwariować. A jeżeli jeszcze całą grupę dopełniła spora ekipa szalonych chodziaków (to w naszym slangu, ci tzw. zdrowi, najczęściej wolontariusze) to burza szaleństw aż wrzała. Dawno, oj bardzo dawno tyle nie płakałam ze śmiechu.

Opowieści dziwnej treści.
Tance, wygibasy i inne figury mało geometryczne.
Gry i zabawy, te kreatywne i te zmuszające do robienia z siebie kretynów.
Śpiewy i wrzaski.
Nocne wędrówki.
Strachy, mary i sny na jawie.
Łóżka na ścianie.
Jajka pod kołdrą i na głowie.
Zapiekanka ziemniaczana typy "przegląd tygodnia" + woda z automatu z czymś dziwnym brązowym zwana "herbatą" = stoperan.
Gruszka i cynamon.
Robaki i majtki.
Balans a wąs. 
Miłość, blondyn i tygrysek.
"Happy czas"
Amen
 
Hasła owe brzmią pewnie tajemniczo. Chciałabym ty wam przytoczyć przykłady, ale dużo by o tym pisać, a wyrwane z kontekstu już tak nie śmieszą. Po za tym wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy by zrozumieć żart.

A tak wyglądał mój pokój któregoś wieczoru ;-)
Dodam tylko, że sama te kubki zbierałam na hasło "zbieramy zużyte kubeczki" przez cały tydzień nie miałam pojęcia, że kręcę bata sama na siebie, wszystkim ochoczo przypominałam by owe kubeczki odkładali.
(foto zostało zrobione po lekkim już udrożnieniu przejścia przez moje współspaczki)

wtorek, 25 lutego 2014

"Sko­ro nie można się cofnąć, trze­ba zna­leźć naj­lep­szy sposób, by pójść naprzód."

Spotkało się 20 osób, różnych osób. Z różną niepełnosprawnością. Jedni chorowali od dziecka, innych kalectwo dopadło w trakcie życia. Mózgowe porażenie dziecięce, uraz mózgowo-czaszkowe, stwardnienie rozsiane, uraz rdzenia, przepuklina kręgosłupa, głuchota, guz mózgu, zanik mięśni itd. itp. Słuchałam, obserwowałam i się zastanawiałam jak ja mogę tym ludziom pomóc. Bo jak pomóc na przykład 29-letniej dziewczynie, nad którą rodzice rozpostarli wielki parasol ochronny, nigdy sama nie wychodzi z domu, nie ma przyjaciół, na samo pytanie o chłopaka czerwieniła się jak mała dziewczynka. Jak pomóc osobie, która nawet dobre słowo odrzuca. Co powiedzieć komuś, kto całe życie słyszy, że się do niczego nie nadaje. Co powiedzieć dziewczynie, która najbardziej na świecie kocha konie, a po upadku z jednego z nich nie potrafi nawet poprawnie mówić. Jak pocieszyć dziewczynę grającą w siatkówkę, a teraz ledwo się poruszającej na kiepskiej protezie. Co poradzić dziewczynie pragnącej mieć dziecko, a bojącej się, że potomek odziedziczy wadę.
Niby bił od tych wszystkich ludzi optymizm, na pierwszy rzut oka wydawało się, że wszyscy są pogodzeni z losem, cieszyły uśmiechnięte twarze. Niestety w rozmowach w cztery oczy okazywało się, że nie jest wesoło. Rodzina dołuje. Znajomi się odsuwają. Świat jest nie przystosowany. Daleko do cywilizacji. Ogromny ból i to nie ten fizyczny, ale gównie ten psychiczny. Na drodze same górki i pagórki.
Co można zrobić w tydzień?? Wysłuchać, uśmiechnąć się, poklepać po ramieniu, przytulić?? A może poczęstować czekoladą, zrobić herbatę i po prostu być?? Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie samego?? Czy ja się do tej pracy nadaję??

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wróciłam ...

Wróciłam do rzeczy­wis­tości.
Brud­no, nudnej, sza­rej, codzien­ności.
Ze łza­mi w oczach.
Smutkiem na twarzy.
Zos­ta­wiając ważny czas.
Żegnając ludzi, którzy przez kil­ka krótkich chwil sta­li się bliżsi niż wielo­let­ni przy­jaciele. Pożegnałam ich ze świado­mością, że wielu już nig­dy więcej nie będzie mi da­ne spot­kać.
Je­dyną możli­wością po­now­nego ich zo­bacze­nia, są tyl­ko wspom­nienia, które z cza­sem staną się wyb­lakłe jak przes­tarzała fo­tog­ra­fia.
Pełna sprzecznych uczuć.
Z mnóstwem emocji, nie tylko własnych.
Przy­wiąza­nie do dru­giego człowieka.
Życie nie poz­wa­la być szczęśli­wymi na taką skalę, na jaką te­go prag­niemy.
Gdzieś tam zos­ta­wiamy jakąś cząstkę siebie.
Tą, której nie dos­ta­niemy już z pow­ro­tem.
Tra­cimy ja­kiś ułamek siebie. 

środa, 12 lutego 2014

Papki :-)

No to pora się żegnać, jutro rano ruszam w drogę. Nie no jakie żegnać co ja wypisuję!! Ja tu wrócę!! Mam nadzieję cała, zdrowa i pełna pozytywnych wrażeń. Choć muszę się przyznać, że im bliżej wyjazdu tym większy stres mnie łapie. Jak się dowiedziałam, że jadę byłam taka URA BURA. Teraz niestety moje URA BURA gdzieś się ulotniło. Denerwuję się bo do tej pory na obozach to ja grzecznie słuchałam i nic tak naprawdę ode mnie nie zależało, wykonywałam tylko polecenia. Jak to będzie teraz zupełnie nie wiem. No ale przecież dam sobie radę. Zawsze dawałam sobie radę. Czasami było naprawdę ciężko, pot, krew i łzy, ale koniec końców zawsze dawałam radę. Więc dlaczego teraz nie miałabym dać sobie rady.

Zostawiam wam serducho, w dniu zakochanych mnie tu nie będzie, a ja przecież was kocham :-)


poniedziałek, 10 lutego 2014

"I z marzeń można zrobić konfitury. Trzeba tylko dodać owoce i cukier."

Znowu znikam na chwilę. To znaczy zniknę w czwartek. Pojawię się ponownie za 8 dni.

Wyjeżdżam.
Jadę na obóz.
Cieszę się na ten obóz wyjątkowo i też wyjątkowo jadę pełna obaw. Otóż pierwszy raz jadę na obóz jako kadra.
Od mojego pierwszego obozu w Zielonej Górze, a było to 8 lat temu marzyłam o tym by znaleźć się w kadrze i w końcu się udało. Bardzo długo na to pracowałam. Tak szczerze mówiąc już zaczynałam wątpić, już nawet przebiegały mi po głowie nieśmiałe myśli, żeby się wycofać. A tu trach, dzwoni telefon i tak niespodzianka.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie będzie łatwe i czeka mnie 8 dni ciężkiej pracy. Mnóstwo wysiłku, niewiele snu. Jednak cieszy najbardziej, że w końcu to ja będę mogła dać komuś coś z siebie i oddać to co ja dostałam parę lat temu.