piątek, 17 marca 2017

JA ...

Mam ochotę uciec, zwiać, schować się, zniknąć, zaginąć, zgubić się. Chwiałabym, żeby się ktoś o mnie pomartwił, żeby komuś mnie zabrakło, żeby ktoś mnie poszukał, żeby zadał sobie odrobinę trudu. Ja wiem to głupie i nie ludzkie.
Magda zawsze jest, Magda zawsze wysłucha, Magda zawsze da radę. Bo Magda zawsze ma czas, bo Magda zawsze może, bo Magda nigdy nie odmówi. Ktoś pyta "Cześć, co tam ciebie? Bo wiesz u mnie to ......." i się zaczyna, jak to wszyscy mają źle, ile to problemów. Pytanie, co u mnie zawisa w powietrzu i nikt już do tego nie wraca. Bo ja przecież nie mam problemów. Ja tylko jeżdżę na wózku. Co to za problem?? Ja wiem jestem sobie sama winna. Chciałam pokazać wszystkim i sobie samej, że ze wszystkim sobie sama poradzę, że dam radę, że nie potrzebuję pomocy. Chciałam się też czuć potrzebna, dlatego byłam dla wszystkich, mniej dla siebie.
Nawet w domu, nie chciałam być dla moich chłopaków ciężarem. dlatego tak układałam sobie życie, żeby im było dobrze, żeby jak najmniej odczuli, że mają matkę i żonę na wózku. Dostosowałam całe swoje życie do nich, a przy okazji rozpieściłam ich jak dziadowskie bicze. Śmieci nie wyrzucą jak im nie powiem, będą je w szafce nogą dopychać, a nie wyrzucą, bo nie powiedziałam. Oni oczywiście zrobią wszystko tylko najpierw ja im muszę to palcem wyraźnie pokazać. 
A mój mąż już całkiem mnie olewa, my już nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Przez te ćwierć wieku razem, chyba się nam już tematy wyczerpały. Rozmawiamy tylko o jedzeniu, o zakupach itp. Jak tylko zaczynam mówić o czymś innym robi wszystko by czmychnąć, by nie słuchać, odwraca kota ogonem, każdy najpoważniejszy mój problem obraca w żart. Przyzwyczaił się, że ma w domu kucharkę, sprzątaczkę, praczkę, ale czy żonę, partnerkę?? Zdecydowanie oddalamy się od siebie.
Dziś kombinowali coś przy windzie, poprosiłam by wyszedł i spytał się tych fachowców, co z tą windą się dzieje, że ona się tak psuje, czy znowu w weekend będę siedzieć w domu. Popatrzył się na mnie jak na wariatkę "sama sobie idź i pytaj", a ja sama bez działającej windy to mogę wyjść na klatkę schodową i wyć.
Tak, gdybym mogła, gdybym miała gdzie, to bym zniknęła, nie na długo, na parę dni, góra tydzień.
Takie wyszła z domu i ślad po niej zaginął,a potem cudownie się odnalazła. 
Chociaż mogłabym się rozczarować, bo może by mnie nikt nie szukał, nikt by nie tęsknił, albo nie miałabym powrotu.
Możecie powiedzieć, pomyśleć, że przesadzam, ale ja tak to wszystko czuję.
Dlatego tak bardzo lubię tu  być. Tu mi nikt nie przerywa. Tu się mogę wygadać. Tu na tej jednej stronie jestem JA. JA dla siebie. Albo to ktoś przeczyta, albo i nie, ale tu jestem JA.

wtorek, 14 marca 2017

Weekend ...

Po tym wszystkim pod koniec roku i szpital i operacja i walka o pracę, o umowę. Po strasznym początku tego roku i te problemy ze zdrowiem i poważne badania i w końcu śmierć Roberta.
Dało mi się to wszystko strasznie w kość, siadła mi kompletnie psychika, niby żyłam normalnie, ale ciągle gdzieś w środku czułam niepewność, nie mogłam spać po nocach, wszystko od nowa analizowałam. Ze śmiercią Roberta nigdy się nie pogodzę, on zawsze będzie w mojej głowie. Te rozmowy jak bardzo się boi, jak bardzo kocha życie, nie mogę tego wszystkiego zapomnieć. I każdego dnia od nowa to przeżywam, każdego dnia kiedy zaczynam pracę, czekam aż jego nazwisko zaświeci się na zielono, aż do mnie zadzwoni i powie wesoło "dzień dobry" pożyczy spokojnej i owocnej pracy, ciągle czekam na to kliknięcie zwiastujące nadejście wiadomości, jak jego nazwisko pojawia mi się w bazie to ciarki przechodzą mi po plecach.
No cóż ja żyję i zamierzam żyć pełną piersią, głową muru nie przebiję.Tylko muszę pozbierać się psychicznie po tych wszystkich nie fajnych sprawach.
No i właśnie zamierzałam zacząć w poprzedni weekend. Żyć, ładować baterie. Dwa koncerty, intensywność weekendu to to co tygryski lubią najbardziej.
Zaczęło się od głupiego snu, strasznie głupiego. No cóż ja tam w takie rzeczy nie wierzę, więc się pośmiałam i wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Już na samym początku było nie tak, w restauracji dostaliśmy nie to co zamawialiśmy, ale to drobiazg, zresztą nie mieliśmy czasu czekać znowu, więc odpuściliśmy, zjedliśmy to co dostaliśmy i ruszyliśmy dalej. Zajechaliśmy na miejsce, w planach mieliśmy, jak zwykle, zameldować się w hotelu i na miasto. Nic z tego, moim przyjacielem stała się toaleta. Przesiedziałam w niej niemalże 4 godziny. Na szczęście mój organizm to dziwny mechanizm, tuż przed koncertem wszystko mi przeszło jak ręką odjął.
Koncert był mega, super, ekstra. Zupełnie inny niż wszystkie do tej pory. Stare piosenki, większość z nich pierwszy raz słyszałam na żywo. No ucha chana byłam po koncercie jak nic. Po koncercie spotkanie jak z dawno niewidzianymi kumplami, rozmowy, żarty, nawet dostałam buziaka od mojego idola :-)
Wróciliśmy do hotelu w bardzo pozytywnych nastrojach, ale moje dolegliwości wróciły. Cała noc nie przespana. Rano powtórka z rozrywki. 3 godzinną podróż do Torunia ledwo przeżyłam. Zajechaliśmy do mojej siostrzyczki i zamiast siedzieć w towarzystwie to ja siedziałam w toalecie. Mieliśmy iść na miasto, na super naleśniki, nic z tego nie wyszło. No i znowu tuż przed koncertem wszystko mi przeszło, to jest jakaś magia. Na szczęście potem już nie wróciło.
Koncert jak zwykle magiczny.
Natomiast po koncercie nastąpił zgrzyt. Poczułam się jak wyrzutek społeczeństwa, a myślałam, że to mi się nigdy w tych okolicznościach nie zdarzy. W końcu jestem fanem jak wszyscy inni, przychodzę na koncerty, płace za bilety, bawię się, krzyczę, śpiewam, jak wszyscy inni. Niestety okazało się że wszyscy inni mogą, a ja nie. Było mi tak cholernie przykro, myślałam że się rozpłacze. Na szczęście mam cudownych idoli, na zewnątrz zapalili ze mną papierosa, pogadali i od łez uratowali :-)
Jak wracaliśmy do domu, już moje zdrowie nie szwankowało, po dwóch dniach normalnie zjadłam, napiłam się herbaty i mogliśmy spokojnie wracać. Niestety była mgła, autokar nas wyprzedzał (wariatów na drodze nie brakuje). Najgorsze było to, że trafiliśmy zająca, zobaczyliśmy tylko jego świecące oczy, nie było szans na żadną reakcję i huk. W całym tym nieszczęściu to dobre to, że to nie było jakieś większe zwierzę, bo i z nas nie byłoby co zbierać.
No i na sam koniec, zajeżdżamy pod blok przed 3 w nocy i zoong, winda nie działa. Syna obudziliśmy, żeby nam pomógł. Chyba pierwszy raz cieszyłam się, że szczęśliwie dotarłam do domu.
Czy naładowałam baterię?? Tak!! Tylko tą energię od razu straciłam :-(
Za nieco ponad miesiąc będę ponownie próbować je naładować.
Rozpisałam się sorki, ale musiałam to z siebie wywalić.
A na koniec foto relacja z tego co najlepsze :-)

niedziela, 19 lutego 2017

Śmierć ...

Jakie to życie jest popieprzone.
Chciałam wczoraj usiąść do komputera i ponarzekać trochę na mojego syna. Wkurzył mnie wczoraj rano niemiłosiernie. Gówniarz jeden!!!!!!!!!
To co się stało potem zmieniło wszystko. Wieczorem mój syn pił ze mną piwo, trzymał mnie za rękę, a ja ryczałam.
Zmarł mój kolega. Piszę kolega, bo on zawsze mówił, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie istnieje. Poznałam go pierwszego dnia mojej pracy, mieliśmy razem szkolenie. Moje pierwsze, jego kolejne, bo to już stary wyjadacz był. Od tamtej pory to on pierwszy codziennie mówił mi "Dzień dobry". Zdecydowanie nadawaliśmy na tych samych falach. Potrafiliśmy gadać bez końca o wszystkim i o niczym. Nigdy się nam nie kończyły tematy. Gadaliśmy całe 7 godzin w pracy, a potem jeszcze popołudniami i wieczorami. Mój mąż się nawet o to wkurzał, może był nawet trochę zazdrosny o te nasze pogaduchy. To nie pojęte jak można się przywiązać do człowieka tak naprawdę nigdy go nie widząc live. Skayp, telefon, ale mieliśmy plany. Oboje zaklepaliśmy sobie urlop, żeby mieć długi majowy weekend wolny i mieliśmy z mężem jechać do niego. Mieliśmy się poznać naprawdę, często się zastanawialiśmy czy na żywo też zaiskrzy. Mówił: "jak byśmy razem pracowali w jakimś normalnym biurze to w przerwie robił bym nam kawy i zajadali byśmy Twojego sernika".
Rany jak on bardzo się bał, mówił że cały się trzęsie i nie śpi po nocach. Rozmawiałam z nim ostatni raz trzy dni przed śmiercią, strasznie źle się czuł, miał mieć trzecią sesję w komorze hiperbarycznej i miał nadzieję, że to już ostatnia i potem będzie tylko lepiej. Miał tyle planów, w sierpniu miał jechać na wesele, miał mi zaprojektować mały, biały domek nad jeziorem bez komarów ;-) Był zaledwie 2 lata starszy ode mnie. 
Nie mogę przestać o nim myśleć. O nim i o jego córce, którą zostawił samą. Dziewczyna dopiero skończy 18 lat, w maju ma  maturę. Jej matka ich zostawiła, kiedy była mała, sam ją wychowywał, nie miała zupełnie kontaktu z matką. A z ojcem była bardzo związana, mówił że mają tylko siebie.
Mówił jeszcze coś, jak się wkurzałam, jak na coś narzekałam "bosze znowu płaczesz" tak strasznie mnie to denerwowało, a teraz płaczę naprawdę i dużo bym dała żeby to usłyszeć.
Nie wiem jak ja jutro będę pracować, nie usłyszę jego "Dzień dobry", a jeszcze będę musiała obdzwonić jego klientów.

czwartek, 16 lutego 2017

Jaram się ;-)

No i zrobiłam se :-)
I powiem wam, że jaram się jak dzieciak.
To podobno uzależnia i na jednym się nigdy nie kończy i powiem wam, coś w tym jest. Już wieczorem po powrocie miałam w głowie co będzie następne i gdyby to tylko ode mnie i mojego chciejstwa zależało, to już następnego dnia robiła bym sobie drugi.
Plan jest i nie zawaham się go użyć ... niebawem ;-)

niedziela, 12 lutego 2017

??

Nie będę się dziś rozpisywać, spytam się tylko.
Jak się wam podoba?? 


piątek, 10 lutego 2017

Dobry tydzień ;-)

To był dobry tydzień! Bardzo trudny i intensywny, ale dobry :-) a nawet bardzo dobry.
Ja po wielkich perypetiach z naszą służbą zdrowia i urzędami w końcu załatwiłam to co miałam załatwić i dzięki temu latem będę już śmigać na nowym wózku.
No i to co najważniejsze, mam już wyniki mojej tomografii głowy. Wyniki są bardzo dobre, nic nie znaleźli. Żadnych ognisk, żadnych przesunięć, żadnych pęknięć nic co mogło by niepokoić. Nawet mojej wrodzonej głupoty nie wykryli ;-)  Ciągle nie wiem skąd się te potworne bóle wzięły, ale w między czasie miałam przepisane jakieś leki i jest zdecydowanie lepiej. Powiedziałabym nawet, że już prawie całkowicie dobrze. Czasami jeszcze mnie mały ból dopadnie, ale to już jest taki zwykły, normalny, jakie zdarzają się chyba każdemu. Miałam potwornie stresujący koniec roku i może to dla tego hmmm. No nie wiem, najważniejsze, że najgorsze wykluczone.
To co przeżywałam czekając na ten wynik jest nie do opisania, myślę że teraz całkowicie bóle miną. Odetchnęłam z wielką ulgą.
No i nawet w pracy w tym tygodniu mamy mały zespołowy sukces, a w ostatnich tygodniach strasznie trudno o to było. Ciężko pracowaliśmy a wyniki był marne, ale w końcu coś się ruszyło i zespołowo możemy bić sobie brawo. 
W poprzednim poście pisałam też o synu i jego egzaminach, wszystkie już ma za sobą. Część zaliczona pozytywnie. Czeka jeszcze na wyniki dwóch, jak zawsze twierdzi, że nie zaliczył i będą poprawki, ale on tak zawsze twierdzi, a mimo trzeciego roku studiów nie miał jeszcze żadnej poprawki.
Można wyluzować.
Syn dziś do kina idzie się odstresować, a ja chyba sobie pozwolę na jakieś piwko.

niedziela, 5 lutego 2017

Czekamy ....

Oboje z synem doszliśmy do wniosku, że dziwni z nas ludzie.
Oboje denerwujemy się przed ważnymi chwilami w życiu, ale to nas napędza do działania. Jak jest już po wszystkim denerwujemy się nie wyobrażalnie.
On miał na myśli wszelkiego rodzaju egzaminy, właśnie jest w trakcje sesji i cały się trzęsie na myśl o wynikach po egzaminach.
Ja czekam właśnie na wynik tomografii i na samą myśl mam mdłości.
W czwartek mam nadzieję mieś w ręku swój wynik, a on w czwartek będzie już po wszystkich egzaminach.
Mamy ogromną nadzieję, że obojgu nam się poszczęści.