środa, 5 lipca 2017

Zwariuję!!!!!!!!!!!!!!

Ostatni weekend siedziałam w domu. NIE LUBIĘ tego!!!!!!!!!!
Mogło by się wydawać po całym tygodniowym zabieganiu, praca, dom, obiad, pranie, sprzątanie itd. itp. człowiek tylko marzy o wypoczynku. NIE CHOLERA, ja marzę by uciec z domu.
Nienawidzę takich pustych weekendów, nic nie znaczących, ze zmarnowanym czasem.
Mąż w pracy, syn wyjechał na festiwal, za oknem deszcz, wiar, błyski, grzmoty, strach nos wystawić.
MASAKRA!!!!!!!
I przede mną taki kolejny się zapowiada z tą różnicą, że syn wrócił i będzie, a przynajmniej będzie się przez dom przewijał. Jedyny ratunek przed zwariowaniem to nadzieja, że pogoda będzie lepsza to sobie gdzieś polezę.
A tak a propos to ja się pytam: GDZIE JEST LATO??????

środa, 21 czerwca 2017

"Musisz sam zadbać, żeby Twoje życie nie było czarno białe."

Ostatnio przeraził mnie taki tekst "a chodzimy w niedzielę do kościoła, bo to nie ma gdzie z domu wyjść, a tak się wyjdzie z ludźmi pogada" i w brew pozorom to nie była wypowiedź starszych ludzi. Ludzie niewiele starsi ode mnie. Pominę fakt, że do kościoła powinno się chodzić z przekonania i nie mnie to oceniać. Ten świat zdziwaczał, ludzie żyją pracą, domem i co dalej?? No właśnie co?? Ja kiedyś też siedziałam w domu i mówiłam "bo gdyby człowiek miała kasę, to by na weekend gdzieś z domu wyskoczył". Czy ja mam teraz dużo więcej kasy?? Wcale nie!! Znalazłam sposób na fajne i tanie spędzanie czasu. Ludzie mnie krytykują. Mówią, że zachowuję się jak małolata, że tracę niepotrzebnie pieniądze. Cholera po pierwsze moje pieniądze, zarabiam je uczciwie i będę z nimi robiła co mi się podoba. A po drugie to co robię sprawia mi dziką przyjemność. Po za tym za naprawdę niewielkie pieniądze zwiedzam nasz kraj. Koncerty są wieczorem, a cały dzień zwiedzamy. Spędzamy czas ze sobą, spotykamy się z ludźmi, poznajemy niesamowitych ludzi.
Na przykład w ostatni weekend pojechaliśmy do Kwidzyna. Oczywiście był tam koncert, ale przy okazji odwiedziliśmy i poznaliśmy mojego kolegę z pracy. Współpracujemy ze sobą 1,5 roku, pracujemy zdalnie, jesteśmy przedstawicielami rozrzuconymi po całym kraju, rozmawiamy codziennie, ale nigdy się nie widzimy, no i nadarzyła się okazja by się spotkać z jednym z nas, poznać, pogadać face to face. Cudownie spędzony dzień, wieczór. Kolejnego dnia zwiedziliśmy zamek krzyżacki w Kwidzynie i Gniewie.
Naprawdę wolę tą moją głupotę od chodzenia do kościoła dla rozrywki.


wtorek, 6 czerwca 2017

Uwielbiam to!!!!!!!!!!

Za mną bardzo intensywny weekend. Uwielbiam takie. Wracam do domu zmęczona fizycznie, ale moja głowa wypoczywa. Mam wszystko w duszy, niczym się nie martwię. Nawet stado komarów mi nie przeszkadza. Bawię się, uśmiecham się i jest mi cholernie dobrze. Czuję, że żyję!!!!!!!!!!!


Cztery koncerty (różne, nie tylko Enejowe), zwiedzone fajne miejsca, poznani nowi ludzie :-)

wtorek, 30 maja 2017

Coś się ze mną dzieje nie dobrego.


Kłócę się z ludźmi i to tak, że ludzie się na mnie obrażają.
No cholera jasna!!!!!!!!
Umówiłam się z koleżanką, że przyjedzie na koncert, po koncercie mieliśmy iść coś zjeść, a przy tym pogadać, bo dawno się nie widziałyśmy i godzinne gadania przez telefon to było nam za mało. Nie przyjechała, ale to nic, przecież musu nie ma. Problem w tym, że nie napisała nawet jednego głupiego smsa, cały koncert się rozglądała, denerwowałam, bo to na drogach różnie bywa. Na moje wiadomości nie odpowiadała, telefonu nie odbierała. Dopiero rano mi napisała na FB, że pogoda się jej nie podobała. U niej padało. Koncert był 200 kilometrów dalej i nie spadło ani kropli deszczu. Wystarczył by jeden telefon i wiedziała by jak jest pogoda na miejscu, bo ja tam byłam już dzień wcześniej. Zwyczajnie w świecie jej się nie chciało, no i miało prawo, wkurzyłam się bo to ona sama dała tą propozycję, że się tam spotkamy, miesiąc czasu o niczym innym nie gadała, jeszcze dzień wcześniej snuła plany. Potem (powtórzę się) nawet jednego głupiego smsa typu "nie przyjadę" i było by wszytko oki, nie czekała bym, nie denerwowałabym się. No nie wkurzyłybyście się?? Dodam tylko, że ja przejechałam ponad 400 kilometrów, koncert był tylko takim pretekstem, my jak to fanki spotykamy się przy okazji koncertów, takie nasze zakręcenie. I dodam jeszcze, ze ta sytuacja powtórzyła się trzeci raz i za każdym razem nie sposób się z kontaktować danego dnia. No nie poczulibyście się olani???
Druga to już bardziej skomplikowana historia. Mam koleżankę, małolatę, jest ode mnie 15 lat młodsza, też na wózku, mieszka ulicę dalej i tak siłą rzeczy się skumplowałyśmy dawno temu, ona jeszcze wtedy 18 lat nie miała. Problem polega na tym, że jest trochę chowana pod kloszem. Niepełnosprawna i cała rodzina się nad nią użala, w złego tego słowa znaczeniu. Wszyscy traktują ją jak dziecko i to tak brutalnie. Matka potrafi jej powiedzieć, kiedy trzyma swoją maleńką bratanicę na rękach "naciesz się, bo swojego mieć nie będziesz". Dziewczyna mimo, że ma 27 lat o 20 musi być w domu, o 22 w łóżku itd. itp. nie będę tu wymieniać, bo niektóre rzeczy są wręcz żenujące i tragiczne. Co za tym wszystkim idzie, ona myśli, że cały świat kręci się w koło niej. Tylko ona ma problemy, wszyscy inni są szczęśliwi. Ktoś się na nią spojrzy krzywo to już jest wróg. Jak coś jest nie po jej myśli to jest wielki foch. No i właśnie. Napisała do mnie, raz czy się z nią przejdę na spacer. Napisałam, że nie mogę bo kończy mi się ubezpieczenie samochodu i muszę to załatwić, napisałam jej też, że mogę, ale dopiero po godzinie 19, z góry wiedziałam, że wtedy to jej już nikt z domu nie wypości.  No i walnęła focha. Szczerze mówiąc, znam ją tyle lat, że się przyzwyczaiłam i nawet na to nie reaguję. Pech trafił, że następnym razem znowu nie mogłam się z nią spotkać, akurat miałam imieniny i moja mama się do mnie zapowiedziała. No i też jej odpisałam zgodnie z prawdą, jej reakcja na to "teraz to ty będziesz zabiegała o spotkanie ze mną". Uśmiechnęłam się do siebie chciałam to zostawić jak zwykle. Po czym się zaczęły wyrzuty typu "myliłam się co do Ciebie", "myślałam, że jesteś moją przyjaciółką", "unikasz mnie" i takie tam. Nie wytrzymałam i napisałam jej "że ja mam swoje życie, swoje problemy, swoją rodzinę, a ona nie jest najważniejsza na świecie i niech spojrzy czasami dalej niż czubek swojego nosa". Jej odpowiedź brzmiała "żegnaj". No i dziś spotkałyśmy się przypadkiem na mieście i nawet mi cześć nie odpowiedział.
Cholera strasznie to wszystko głupie, jakieś bzdury, dziecinne, ale czuję sie z tym wszystkim nie fajnie.
A może to ja mam problem ze sobą?? 
Czy jak zwykle przesadzam i się nakręcam??

poniedziałek, 8 maja 2017

Wnerwiona jak cholera!!!!!!!!!

Muszę się wygadać, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok.
W styczniu złożyłam wniosek i komplet dokumentów na dofinansowanie do zakupu wózka i dofinansowania na turnus rehabilitacyjny. Z doświadczenia wiem, że to wszystko trwa i nie jest tak hop siup. No ale zawsze w kwietniu było już wiadomo czy przyznali te dofinansowania czy nie. Żebym już dodatkowo nie musiała się denerwować to już zawczasu zamówiłam sobie i wózek i zarezerwowałam termin turnusu. O ile z wózkiem nie było by problemu to szukając turnusu w kwietniu na termin wakacyjny bardzo ciężko o coś naprawdę sensownego.
Dowiadując się w kwietniu co z tymi dofinansowaniami otrzymałam informacje, że już mają pieniądze, że na dniach będą wydawać decyzję. Ale oczywiście po drodze były święta, długi, a nawet bardzo długi majowy weekend i decyzji jeszcze nie ma.
Tym czasem dziś zadzwonili z ośrodka rehabilitacyjnego, że anulują moją rezerwację, bo dłużej czekać na wpłatę nie będą.
Pani z PCPR-u dziś się tłumaczyła, że przecież oni dopiero na początku kwietnia otrzymali pieniądze, a mają aaaaaaaaaaż 300 wniosków do rozpatrzenia. No cholera jasna czasu nie mieli, a kiedy człowiek tam nie pójdzie to łażą jak "święte krowy" (przepraszam za wyrażenie, ale inaczej się nie da) z pokoju do pokoju, kawkę popijają, plotkują i nigdy nie wiedzą o co chodzi. Petent się pojawia, a one zdziwione. Człowieka traktują jak zło konieczne i zachowują się, jakby one te pieniądze z własnej kieszeni miały wpłacać, a my przychodzimy je okradać. Swoim zachowaniem sprawiają, że człowiek czuje się jak intruz, złodziej. Cholera, żeby mnie było stać na kupno takiego wózka i pojechanie na turnus to bym ich łaski nie potrzebowała. Wózek to wydatek 8500 tysiąca, a turnus 2500 od osoby, a ośrodki na turnusy takich ludzi jak ja nie chcą przyjmować pojedynczo, musi być "opiekun", więc te koszty trzeba pomnożyć razy 2. I żeby nie było, oni nie dofinansowują całości. Na wózek jest około 3000, a na turnus około 1000 na osobę. Resztę oczywiście z własnej kieszeni. Do tego dofinansowanie na wózek jest co 5 lat, a na turnus co 2 lata. No może i dobrze, bo mam 5 lat na zebranie reszty na wózek i przez 2 lata uzbieram sobie na porządną rehabilitację. Dodam tylko, że ja dofinansowania na turnus nie dostałam od 3 lat, powód brak środków. W zeszłym roku miasto się zlitowało i przyznało nam po 500zł.
Do tego wszystkiego jak ja zacznę szukać turnusu w czerwcu, bo decyzje mają być dopiero po 22 maja to już na wakacje nic sensownego nie znajdę, już wszystko będzie zarezerwowane. Znając życie najwcześniejsze terminy na październik, a ja urlop mam w sierpniu.
Szlag mnie trafia, bo się tyle mówi, że niepełnosprawni tak dużo od państwa dostają, gówno prawda.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Dzieci, ach te dzieci ;-)

Robiłam porządki w papierach i znalazłam takie oto cudo:
Wykaz ocen na pierwszy semestr ostatniej klasy gimnazjum mojego syna. Do prawdy do dziś nie pojmuję jak on z tego na koniec roku wyciągnął czerwony pasek. Moje dziecko zawsze mnie zadziwiało.
Kiedy miał 5 lat, a ja zaczęłam mieć poważne problemy z chodzeniem i moje wyjście z domu nie zawsze było oczywiste i możliwe. Któregoś takiego kryzysowego dnia zbrakło mi zapałek i nie miałam czym gazu odpalić. Mój 5-letni syn postanowił, że kupi. Bardzo w to wątpiłam, bo kto takiemu dzieciakowi sprzeda zapałki, jednak po 5 minutach wrócił do domu z pudełeczkiem zapałek. Po paru dniach pani w osiedlowym sklepiku mi powiedziała, że przyszedł i powiedział "jak mi pani nie sprzeda zapałek, to mama mi obiadu nie ugotuje". Nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Pewnie gdyby pani nas nie znała i nie wiedziała jaka jest sytuacja to by mu tych zapałek nie sprzedała, ale dał radę, miał odwagę.
A z tymi ocenami to było podobnie w liceum w ostatniej klasie, jak zobaczyłam jego oceny na świadectwie to się załamałam, naszły mnie czarne myśli "na jakie studia on się dostanie??" a takie miał ambitne plany. Po czym maturę zdał doskonale i bez problemów dostał się na swoje wymarzone prawo. Dziś jest na 3 roku prawa, póki co nie zaliczył, żadnej poprawki, jak jest tylko możliwość to zalicza w tzw. zerowych terminach, ma stypendium naukowe, studiuje normalnie na dziennych i jeszcze do tego pracuje w kancelarii radcowskiej.
Jak się starał o tą pracę, to trochę kręcili nosem, że oni by woleli kogoś raczej kończącego studia, ale przyjęli go na próbę. Po tej próbie zatrudnili go na normalną umowę o pracę do listopada. Po czym w październiku bąkali, żeby przeszedł na zaoczne, bo nie da rady z pracą i studiami. On na to nie poszedł, więc rozwiązali umowę za porozumieniem stron i finito. Dla syna najważniejsze są studia, a mnie stać na jego utrzymanie, więc problemu nie było. Po dwóch tygodniach zadzwonili, żeby wrócił do pracy, że oni go jednak zatrudnią na jego warunkach. I tak pracuje i studiuje i daje sobie świetnie radę.
Jestem cholernie z niego dumna!!!!!!!!!!!!!

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Święta, święta i po świętach ..."

 ... to podobno najczęściej dziś wypowiadana zdanie.
Ja szczerze mówiąc cieszę się, że te święta się już skończyły. Narobiłam się przed, więc zaplanowałam na święta totalne lenistwo. Zapowiedziałam moim chłopakom, że palcem nie kiwnę, wypoczywam. Ale ja chyba nie potrafię wypoczywać, a przynajmniej nie tak. Pogoda była beznadziejna, człowiek bał się z domu nos wystawić, bo w jednej chwili świeciło słońce, a zaraz padał deszcz, grad i nie wiadomo co jeszcze. Moje wypoczywanie skończyło się leniuchowaniem na kanapie. Oglądaliśmy filmy jeden za drugim, od kreskówek, przez komedie romantyczne, po dramaty i nawet kino akcji się trafiło. Nie!!!!!! Zdecydowanie to nie dla mnie, ja nie potrafię tak wypoczywać. Fajnie jest usiąść od czasu do czasu wieczorkiem z rodziną i obejrzeć jakiś film, ale dwa dni to zdecydowanie za dużo. Ja wypoczywam spacerując, robiąc te moje wszystkie głupotki, czytając, spotykając się z ludźmi. Zmęczyłam się tymi dwoma dniami lenistwa bardziej niż tą robotą przed świętami. Złamałam się w poniedziałek przed 16 i poszłam do kuchni umyć naczynia i tak ogólnie kuchnię ogarnąć.
Przed nami dłuuuuuuuuugi majowy weekend. Wzięłam 3 dni urlopu i taki sposobem będę miała 9 dni wolnego. Mam nadzieję, ze tym razem pogoda nie spłata psikusa i tym razem naprawdę wypocznę. Plany są ;-)

środa, 12 kwietnia 2017

Ach życie ...

Powinnam się leczyć, na głowę się leczyć. Nie dalej jak wczoraj doszłyśmy z koleżanką do wniosku, że już tylko psychiatra nam może pomóc. Obie jesteśmy nie normalne i tyle.
A tak poważnie to narobiłam się przez ostanie dni niesamowicie. Ręce mnie bolą, że spać po nocach nie mogę. No cóż święta. Niby człowiek stara się na co dzień jakiś porządek utrzymywać i na bieżąco o niego dbać, ale zawsze przed świętami jest masę roboty.
Zawsze miałam umowy góra na pół roku i w związku z tym musiałam zawsze przeznaczony na ten czas urlop wykorzystywać do końca umowy, więc większość go brałam właśnie w okolicy świąt, to jakoś tą robotę fajnie rozkładałam. Teraz mam roczną umowę i urlop zostawiłam sobie na wakacje. Do tego wszystkiego, akurat tak się trafiło, że mąż na popołudnie. Syn praca, studia wraca do domu koło 19. I takim to sposobem zostałam z tym wszystkim sama.
Oczywiście, że mogła bym to wszystko olać, ale cholera NIE POTRAFIĘ. No cóż mówią, że głupiego robota się trzyma, mnie to nawet bardzo.
Przynajmniej nie mam czasu na głupie rozmyślania.
Ale ja tu dziś wpadłam na chwilę tylko dlatego, żeby Wam życzenia złożyć, a jak zwykle się rozgadałam.

Kochani 

Życzę Wam odnalezienia w ciszy swoich myśli i marzeń,
W bliskich osobach siły i piękna stworzenia,
W otaczającym świecie radości istnienia,
A we własnej osobie miłości.

I jeszcze tak tradycyjnie smacznego jajka.
Bogatego baranka, czy tam zajączka ;-)
Mokrego dyngusa itd.  :*

niedziela, 9 kwietnia 2017

"Jeżeli chcecie, by życie uśmiechnęło się do was, przynieście mu najpierw swój dobry humor." :-)

I chyba jest w tym dużo prawdy, jeżeli człowiek się uśmiecha od razu łatwiej mu się żyje. Ludzie w około są jacyś życzliwsi. Może w tym jest cały sęk, że ja ostatnie miesiące mało optymistycznie patrzyłam w przyszłość, za mało się uśmiechałam, za mało było kolorów w moim życiu.
Dziś pół dnia spacerowałam z moją małą chrześniaczką, patrzyłam ile to dziecko ma w sobie takiej prawdziwej, niekłamanej radości, ile energii.
Patrzyłam na tą małą, patrzyłam w pięknie świecące słoneczko i postanowiłam. Postanowiłam wykrzesać z siebie trochę więcej optymizmu, trochę więcej radości z życia, trochę więcej energii. Mam nadzieję, że wiosenne słonko mi w tym pomoże.
Zaczynam od teraz :-)

środa, 29 marca 2017

Dramatyzuję??!!

Mam wrażenie, że od paru miesięcy jestem w permanentnym dole i nie mogę się z  niego wygrzebać. Ilekroć myślę, że już wychodzę na prostą to dostaję obuchem w łeb i wpadam do niego s powrotem. Zupełnie nie wiem dlaczego, nie ogarniam.
Mówią "jak jesteś w dole to przestań kopać", staram się jak mogę, kombinuję jak koń pod górę i nic.
Na domiar złego, przekonałam się, że nie mam na kogo liczyć. Pewnie jak zwykle dramatyzuje. Chciałabym, żeby to była tylko moja chora wyobraźnia.
Chciałam z kimś pogadać, tak zwyczajnie chociażby o pogodzie, ale tak face to face, nie przez skaypa, nie przez FB, nie przez telefon, tylko twarzą w twarz. I co?? Nawet nie wiecie ile wykonałam telefonów, żeby ktoś się zechciał ze mną spotkać. Nikogo nie znalazłam. No niby powody poważne, a to się dziecko rozchorowało, a to delegacja, a to bierzmowanie kuzyna, a to musowe zakupy, a to praca, a to wywiadówka, a to złe samopoczucie itp. Umówili się wszyscy czy co?? No tak przecież nikt nie będzie zmieniał planów i wszystkiego rzucał, bo Magda zapragnęła pogadać o pogodzie. Siedziałam i patrzyłam w telefon jak zdębiała. Bo ja zmieniam plany jak ktoś do mnie dzwoni, chce się spotkać i pogadać. W głębi duszy wiem, że to nie będzie zwykła rozmowa o pogodzie, za taką prośbą o rozmowę zawsze się coś kryje. No i niestety zwykle mam rację, to nigdy nie są rozmowy o pogodzie.
Pewnie wszyscy moi znajomi uznali, jak zwykle, że ja nie mam problemów i na pewno to nic ważnego. A że ja zawsze znajduję czas?? No cóż w wyobrażeniu innych, ja nie mam nic do roboty, a ja nigdy też nie mówię, że zmieniłam plany, bo i po co.
Wiem, wiem na pewno dramatyzuję!!

piątek, 17 marca 2017

JA ...

Mam ochotę uciec, zwiać, schować się, zniknąć, zaginąć, zgubić się. Chwiałabym, żeby się ktoś o mnie pomartwił, żeby komuś mnie zabrakło, żeby ktoś mnie poszukał, żeby zadał sobie odrobinę trudu. Ja wiem to głupie i nie ludzkie.
Magda zawsze jest, Magda zawsze wysłucha, Magda zawsze da radę. Bo Magda zawsze ma czas, bo Magda zawsze może, bo Magda nigdy nie odmówi. Ktoś pyta "Cześć, co tam ciebie? Bo wiesz u mnie to ......." i się zaczyna, jak to wszyscy mają źle, ile to problemów. Pytanie, co u mnie zawisa w powietrzu i nikt już do tego nie wraca. Bo ja przecież nie mam problemów. Ja tylko jeżdżę na wózku. Co to za problem?? Ja wiem jestem sobie sama winna. Chciałam pokazać wszystkim i sobie samej, że ze wszystkim sobie sama poradzę, że dam radę, że nie potrzebuję pomocy. Chciałam się też czuć potrzebna, dlatego byłam dla wszystkich, mniej dla siebie.
Nawet w domu, nie chciałam być dla moich chłopaków ciężarem. dlatego tak układałam sobie życie, żeby im było dobrze, żeby jak najmniej odczuli, że mają matkę i żonę na wózku. Dostosowałam całe swoje życie do nich, a przy okazji rozpieściłam ich jak dziadowskie bicze. Śmieci nie wyrzucą jak im nie powiem, będą je w szafce nogą dopychać, a nie wyrzucą, bo nie powiedziałam. Oni oczywiście zrobią wszystko tylko najpierw ja im muszę to palcem wyraźnie pokazać. 
A mój mąż już całkiem mnie olewa, my już nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Przez te ćwierć wieku razem, chyba się nam już tematy wyczerpały. Rozmawiamy tylko o jedzeniu, o zakupach itp. Jak tylko zaczynam mówić o czymś innym robi wszystko by czmychnąć, by nie słuchać, odwraca kota ogonem, każdy najpoważniejszy mój problem obraca w żart. Przyzwyczaił się, że ma w domu kucharkę, sprzątaczkę, praczkę, ale czy żonę, partnerkę?? Zdecydowanie oddalamy się od siebie.
Dziś kombinowali coś przy windzie, poprosiłam by wyszedł i spytał się tych fachowców, co z tą windą się dzieje, że ona się tak psuje, czy znowu w weekend będę siedzieć w domu. Popatrzył się na mnie jak na wariatkę "sama sobie idź i pytaj", a ja sama bez działającej windy to mogę wyjść na klatkę schodową i wyć.
Tak, gdybym mogła, gdybym miała gdzie, to bym zniknęła, nie na długo, na parę dni, góra tydzień.
Takie wyszła z domu i ślad po niej zaginął,a potem cudownie się odnalazła. 
Chociaż mogłabym się rozczarować, bo może by mnie nikt nie szukał, nikt by nie tęsknił, albo nie miałabym powrotu.
Możecie powiedzieć, pomyśleć, że przesadzam, ale ja tak to wszystko czuję.
Dlatego tak bardzo lubię tu  być. Tu mi nikt nie przerywa. Tu się mogę wygadać. Tu na tej jednej stronie jestem JA. JA dla siebie. Albo to ktoś przeczyta, albo i nie, ale tu jestem JA.

wtorek, 14 marca 2017

Weekend ...

Po tym wszystkim pod koniec roku i szpital i operacja i walka o pracę, o umowę. Po strasznym początku tego roku i te problemy ze zdrowiem i poważne badania i w końcu śmierć Roberta.
Dało mi się to wszystko strasznie w kość, siadła mi kompletnie psychika, niby żyłam normalnie, ale ciągle gdzieś w środku czułam niepewność, nie mogłam spać po nocach, wszystko od nowa analizowałam. Ze śmiercią Roberta nigdy się nie pogodzę, on zawsze będzie w mojej głowie. Te rozmowy jak bardzo się boi, jak bardzo kocha życie, nie mogę tego wszystkiego zapomnieć. I każdego dnia od nowa to przeżywam, każdego dnia kiedy zaczynam pracę, czekam aż jego nazwisko zaświeci się na zielono, aż do mnie zadzwoni i powie wesoło "dzień dobry" pożyczy spokojnej i owocnej pracy, ciągle czekam na to kliknięcie zwiastujące nadejście wiadomości, jak jego nazwisko pojawia mi się w bazie to ciarki przechodzą mi po plecach.
No cóż ja żyję i zamierzam żyć pełną piersią, głową muru nie przebiję.Tylko muszę pozbierać się psychicznie po tych wszystkich nie fajnych sprawach.
No i właśnie zamierzałam zacząć w poprzedni weekend. Żyć, ładować baterie. Dwa koncerty, intensywność weekendu to to co tygryski lubią najbardziej.
Zaczęło się od głupiego snu, strasznie głupiego. No cóż ja tam w takie rzeczy nie wierzę, więc się pośmiałam i wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Już na samym początku było nie tak, w restauracji dostaliśmy nie to co zamawialiśmy, ale to drobiazg, zresztą nie mieliśmy czasu czekać znowu, więc odpuściliśmy, zjedliśmy to co dostaliśmy i ruszyliśmy dalej. Zajechaliśmy na miejsce, w planach mieliśmy, jak zwykle, zameldować się w hotelu i na miasto. Nic z tego, moim przyjacielem stała się toaleta. Przesiedziałam w niej niemalże 4 godziny. Na szczęście mój organizm to dziwny mechanizm, tuż przed koncertem wszystko mi przeszło jak ręką odjął.
Koncert był mega, super, ekstra. Zupełnie inny niż wszystkie do tej pory. Stare piosenki, większość z nich pierwszy raz słyszałam na żywo. No ucha chana byłam po koncercie jak nic. Po koncercie spotkanie jak z dawno niewidzianymi kumplami, rozmowy, żarty, nawet dostałam buziaka od mojego idola :-)
Wróciliśmy do hotelu w bardzo pozytywnych nastrojach, ale moje dolegliwości wróciły. Cała noc nie przespana. Rano powtórka z rozrywki. 3 godzinną podróż do Torunia ledwo przeżyłam. Zajechaliśmy do mojej siostrzyczki i zamiast siedzieć w towarzystwie to ja siedziałam w toalecie. Mieliśmy iść na miasto, na super naleśniki, nic z tego nie wyszło. No i znowu tuż przed koncertem wszystko mi przeszło, to jest jakaś magia. Na szczęście potem już nie wróciło.
Koncert jak zwykle magiczny.
Natomiast po koncercie nastąpił zgrzyt. Poczułam się jak wyrzutek społeczeństwa, a myślałam, że to mi się nigdy w tych okolicznościach nie zdarzy. W końcu jestem fanem jak wszyscy inni, przychodzę na koncerty, płace za bilety, bawię się, krzyczę, śpiewam, jak wszyscy inni. Niestety okazało się że wszyscy inni mogą, a ja nie. Było mi tak cholernie przykro, myślałam że się rozpłacze. Na szczęście mam cudownych idoli, na zewnątrz zapalili ze mną papierosa, pogadali i od łez uratowali :-)
Jak wracaliśmy do domu, już moje zdrowie nie szwankowało, po dwóch dniach normalnie zjadłam, napiłam się herbaty i mogliśmy spokojnie wracać. Niestety była mgła, autokar nas wyprzedzał (wariatów na drodze nie brakuje). Najgorsze było to, że trafiliśmy zająca, zobaczyliśmy tylko jego świecące oczy, nie było szans na żadną reakcję i huk. W całym tym nieszczęściu to dobre to, że to nie było jakieś większe zwierzę, bo i z nas nie byłoby co zbierać.
No i na sam koniec, zajeżdżamy pod blok przed 3 w nocy i zoong, winda nie działa. Syna obudziliśmy, żeby nam pomógł. Chyba pierwszy raz cieszyłam się, że szczęśliwie dotarłam do domu.
Czy naładowałam baterię?? Tak!! Tylko tą energię od razu straciłam :-(
Za nieco ponad miesiąc będę ponownie próbować je naładować.
Rozpisałam się sorki, ale musiałam to z siebie wywalić.
A na koniec foto relacja z tego co najlepsze :-)

niedziela, 19 lutego 2017

Śmierć ...

Jakie to życie jest popieprzone.
Chciałam wczoraj usiąść do komputera i ponarzekać trochę na mojego syna. Wkurzył mnie wczoraj rano niemiłosiernie. Gówniarz jeden!!!!!!!!!
To co się stało potem zmieniło wszystko. Wieczorem mój syn pił ze mną piwo, trzymał mnie za rękę, a ja ryczałam.
Zmarł mój kolega. Piszę kolega, bo on zawsze mówił, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie istnieje. Poznałam go pierwszego dnia mojej pracy, mieliśmy razem szkolenie. Moje pierwsze, jego kolejne, bo to już stary wyjadacz był. Od tamtej pory to on pierwszy codziennie mówił mi "Dzień dobry". Zdecydowanie nadawaliśmy na tych samych falach. Potrafiliśmy gadać bez końca o wszystkim i o niczym. Nigdy się nam nie kończyły tematy. Gadaliśmy całe 7 godzin w pracy, a potem jeszcze popołudniami i wieczorami. Mój mąż się nawet o to wkurzał, może był nawet trochę zazdrosny o te nasze pogaduchy. To nie pojęte jak można się przywiązać do człowieka tak naprawdę nigdy go nie widząc live. Skayp, telefon, ale mieliśmy plany. Oboje zaklepaliśmy sobie urlop, żeby mieć długi majowy weekend wolny i mieliśmy z mężem jechać do niego. Mieliśmy się poznać naprawdę, często się zastanawialiśmy czy na żywo też zaiskrzy. Mówił: "jak byśmy razem pracowali w jakimś normalnym biurze to w przerwie robił bym nam kawy i zajadali byśmy Twojego sernika".
Rany jak on bardzo się bał, mówił że cały się trzęsie i nie śpi po nocach. Rozmawiałam z nim ostatni raz trzy dni przed śmiercią, strasznie źle się czuł, miał mieć trzecią sesję w komorze hiperbarycznej i miał nadzieję, że to już ostatnia i potem będzie tylko lepiej. Miał tyle planów, w sierpniu miał jechać na wesele, miał mi zaprojektować mały, biały domek nad jeziorem bez komarów ;-) Był zaledwie 2 lata starszy ode mnie. 
Nie mogę przestać o nim myśleć. O nim i o jego córce, którą zostawił samą. Dziewczyna dopiero skończy 18 lat, w maju ma  maturę. Jej matka ich zostawiła, kiedy była mała, sam ją wychowywał, nie miała zupełnie kontaktu z matką. A z ojcem była bardzo związana, mówił że mają tylko siebie.
Mówił jeszcze coś, jak się wkurzałam, jak na coś narzekałam "bosze znowu płaczesz" tak strasznie mnie to denerwowało, a teraz płaczę naprawdę i dużo bym dała żeby to usłyszeć.
Nie wiem jak ja jutro będę pracować, nie usłyszę jego "Dzień dobry", a jeszcze będę musiała obdzwonić jego klientów.

czwartek, 16 lutego 2017

Jaram się ;-)

No i zrobiłam se :-)
I powiem wam, że jaram się jak dzieciak.
To podobno uzależnia i na jednym się nigdy nie kończy i powiem wam, coś w tym jest. Już wieczorem po powrocie miałam w głowie co będzie następne i gdyby to tylko ode mnie i mojego chciejstwa zależało, to już następnego dnia robiła bym sobie drugi.
Plan jest i nie zawaham się go użyć ... niebawem ;-)

niedziela, 12 lutego 2017

??

Nie będę się dziś rozpisywać, spytam się tylko.
Jak się wam podoba?? 


piątek, 10 lutego 2017

Dobry tydzień ;-)

To był dobry tydzień! Bardzo trudny i intensywny, ale dobry :-) a nawet bardzo dobry.
Ja po wielkich perypetiach z naszą służbą zdrowia i urzędami w końcu załatwiłam to co miałam załatwić i dzięki temu latem będę już śmigać na nowym wózku.
No i to co najważniejsze, mam już wyniki mojej tomografii głowy. Wyniki są bardzo dobre, nic nie znaleźli. Żadnych ognisk, żadnych przesunięć, żadnych pęknięć nic co mogło by niepokoić. Nawet mojej wrodzonej głupoty nie wykryli ;-)  Ciągle nie wiem skąd się te potworne bóle wzięły, ale w między czasie miałam przepisane jakieś leki i jest zdecydowanie lepiej. Powiedziałabym nawet, że już prawie całkowicie dobrze. Czasami jeszcze mnie mały ból dopadnie, ale to już jest taki zwykły, normalny, jakie zdarzają się chyba każdemu. Miałam potwornie stresujący koniec roku i może to dla tego hmmm. No nie wiem, najważniejsze, że najgorsze wykluczone.
To co przeżywałam czekając na ten wynik jest nie do opisania, myślę że teraz całkowicie bóle miną. Odetchnęłam z wielką ulgą.
No i nawet w pracy w tym tygodniu mamy mały zespołowy sukces, a w ostatnich tygodniach strasznie trudno o to było. Ciężko pracowaliśmy a wyniki był marne, ale w końcu coś się ruszyło i zespołowo możemy bić sobie brawo. 
W poprzednim poście pisałam też o synu i jego egzaminach, wszystkie już ma za sobą. Część zaliczona pozytywnie. Czeka jeszcze na wyniki dwóch, jak zawsze twierdzi, że nie zaliczył i będą poprawki, ale on tak zawsze twierdzi, a mimo trzeciego roku studiów nie miał jeszcze żadnej poprawki.
Można wyluzować.
Syn dziś do kina idzie się odstresować, a ja chyba sobie pozwolę na jakieś piwko.

niedziela, 5 lutego 2017

Czekamy ....

Oboje z synem doszliśmy do wniosku, że dziwni z nas ludzie.
Oboje denerwujemy się przed ważnymi chwilami w życiu, ale to nas napędza do działania. Jak jest już po wszystkim denerwujemy się nie wyobrażalnie.
On miał na myśli wszelkiego rodzaju egzaminy, właśnie jest w trakcje sesji i cały się trzęsie na myśl o wynikach po egzaminach.
Ja czekam właśnie na wynik tomografii i na samą myśl mam mdłości.
W czwartek mam nadzieję mieś w ręku swój wynik, a on w czwartek będzie już po wszystkich egzaminach.
Mamy ogromną nadzieję, że obojgu nam się poszczęści.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Walczę!!

Kolega kiedyś powiedział, że ludzie na wózkach powinni żyć do 40 roku życia, bo potem to się tylko sypią.
Może i miał rację??!!
Na pewno coś w tym jest.
Ja się sypię tak, że masakra. Ledwo się wykaraskam z jednego gówna, to się następne jakieś czepnie. Ciągle tylko łażę po lekarzach, ciągle czekam na jakąś wizytę u specjalisty. Wyjdę od jednego, już muszę szukać innego. Ciągle czekam na jakieś badania, wyniki. Czasami opuszczają mnie siły.
Ostatnio mnie wszystko tak przytłoczyło, że wieczorem jak zwykle wzięłam do ręki książkę chcąc się zrelaksować, przestać na chwilę myśleć o problemach, ale tym razem nawet książka nie pomogła. Zamknęłam ją i się po prostu rozryczałam.
Ale na razie żyję i się nie poddaję, walczę!!!!!!!!
I próbuję walczyć z uśmiechem i mimo wszystko optymistycznie patrzyć w przyszłość.
Póki co podpisałam roczną umowę o pracę i powiem wam, że nawet jestem z siebie dumna. Walczyłam o tą umowę jak lew, bo po raz kolejny chcieli mi dać umowę trzymiesięczną. Tym razem się postawiłam, bo to nie ludzkie co trzy miesiące stresować się czy człowiek będzie miał pracę, czy nie. Do tego zawsze problem z jakimś dłuższym urlopem, bo to trzeba dany urlop wykorzystać do końca umowy, w związku z tym nie można nic konkretnie sobie zaplanować. Tym razem nie wytrzymałam i powiedziałam, że umowa co najmniej na rok, albo się żegnamy. I mam na rok 😀😀😀
A tak po za tym to już upatrzyłam sobie cztery koncerty, na najbliższy w marcu już mam kupione bilety. W końcu będzie gdzie naładować baterie, bo ja od września na koncertowym głodzie.
No i jeszcze nawiązując do poprzedniego posta, to już się zapisałam na tatuaż, dałam zaliczkę, więc odwrotu nie ma. Taki sobie prezent trzasnę na walentynki, bo właśnie na 14 lutego mam termin.

Tymczasem trzymajcie za mnie kciuki jeszcze jakieś półtora tygodnia, czekam na wynik tomografii.

środa, 18 stycznia 2017

Dlaczego nie??

Mam ogromną ochotę zadać sobie ból. Z własnej nieprzymuszonej woli, zadać sobie ból.
Tyle jest bólu w moim życiu, tego nieznośnego, tego nie chcianego.
Dlaczego nie pocierpieć trochę z zaplanowanego bólu.
Boli mnie kręgosłup, przez niego boli mnie głowa, cała klatka piersiowa. Od tego nieustannego siedzenia bolą mnie nogi, czasami po całym dniu nie robiąc ani kroku, czuję jak bym przebiegła maraton. Z tego samego powodu boli mnie również tyłek, to już 14 lat takiego siedzenia na nim po kilkanaście godzin dziennie, ma prawo boleć i on. Bolą mnie też ręce, wieczorami to nie wiem gdzie mam je wsadzić i co z nim zrobić, żeby przestały rwać. To są bóle, nie chciane, nie planowane, one po prostu mi towarzyszą i już się do nich przyzwyczaiłam. Czasami sobie myślę, że jakbym się rano obudziła i nic by mnie nie bolało to bym pomyślała, że umarłam.
Są też te niecodzienne bóle, które musiałam w życiu znieść, po złamaniach, po operacjach. Te czasami bywały wręcz nie do zniesienia, ale przetrwałam.
Żeby nie było, że do końca zwariowałam chcąc sobie zadać kolejny ból.
Marzy mi się tatuaż. Nie żaden z przesłaniem, żaden mądry cytat, nie żeby coś zamanifestować. Po prostu piękny tatuaż.
Mam też na swoim ciele  mnóstwo ohydnych, szpecących blizn. Blizn, które przypominają mi o bólu, o tragediach.
Dlaczego nie mieć pięknej blizny, która kojarzy się z radością, z pięknymi chwilami.
Tak 😃
Już znalazłam profesjonalne i sprawdzone studio tatuażu, które zrobi ten tatuaż w przystępnej cenie. Mam piękny projekt. Teraz tylko trzeba się zebrać w sobie i się odważyć 😁

niedziela, 8 stycznia 2017

I znowu marudzę :(

Jakoś tak ostatnimi laty zaobserwować, że nie lubię końca roku i początku nowego.
Mimo, że są Święta i Sylwester, no jakoś nie lubię i już. Coraz mniej czuję Świąteczna atmosferę i trochę drażni mnie przymus dobrej zabawy w Sylwestra.
Święta to zawsze problem, jak się ma rozwiedzionych rodziców i strasznie denerwują mnie te sztuczne uśmieszki, sztuczne bycie miły jeżeli nie ma się ochoty być miłym. Z grzeczności, bo tak wypada, bo święta itd.
Sylwestra od lat nie mamy z kim spędzać, bo wszyscy znajomi zajęci sobą, albo dziećmi, albo po prostu nie mają ochoty na nasze towarzystwo. Ileż można spędzać Sylwestrów z Polsatem. Na jakieś wielkie bale nas nie stać, choć jakby było stać to i tak byśmy nie poszli, bo tak sami bez znajomych to też nie fajnie.
Okropnie mnie to wszystko przygnębia.
A może to wszystko przez zimę?? Jest zimno, ponuro, a do tego jeszcze teraz spadł śnieg. Taka pogoda skutecznie utrudnia mi życie, a śnieg kompletnie mnie uziemia w domu. 

Od paru lat dzieje się tak, że cały rok mam fajny, optymistycznie patrzę na życie, a pod koniec roku coś się pieprzy. W tym roku to już całkowite apogeum. Ledwo wyszłam ze szpitala, szczęśliwa, że się pozbyłam jednego gówna tu się znowu coś przyplątało i potwornie mnie niepokoi. I to tak bardzo jak nic do tej pory. Czekam na kolejne poważne badania i tak naprawdę nie wiem jeszcze jak długo poczekam. Bo przecież w naszym pięknym kraju hasło "lepiej zapobiegać niż leczyć" kompletnie nie działa.

W tym roku postanowiłam oderwać się od rzeczywistości w Sylwestra i spędzić go zupełnie inaczej. Wyjechaliśmy nad morze i powiem wam przywitanie Nowego Roku na molo w Kołobrzegu to niezwykłe przeżycie i na da się tego porównać z niczym innym.  Na szczęście te dwa dni które tam byliśmy przypadły na dość dobrą pogodę, zaraz po Orkanie, a tuż przed tymi sztormowymi cofkami.

Aby do wiosny!!! Mam nadzieję, że w raz z cieplejszymi dniami i słońcem, przyjdzie lepszy humor, chęć do życia i zdrowie przestanie nawalać.